Opis
Cytaty z książki Will L. Garver Brat trzeciego stopnia:
Nazywam się Alfonso Colono. Jestem Meksykaninem, potomkiem Hiszpanów w prostej linii, choć urodziłem się w Paryżu. Jestem jedynym synem, miałem jednak piękną siostrę Esmeraldę, o trzy lata ode mnie młodszą.
Mój ojciec, Ferdynand Colono z rodu Colono z Granady, prześledził dzieje przodków wstecz aż do czasu przybycia tam Maurów i odkrył, że słynęli oni na całym półwyspie hiszpańskim jako świetni lekarze. Matka pochodziła ze szlacheckiej rodziny Vesta z Sewilii, także utalentowanych lekarzy.
(…)
Rodzice poznali się podczas studiów w Paryżu. Pobrali się po dziesięciu latach czystej, intelektualnej przyjaźni, kiedy oboje ukończyli studia z wyróżnieniem. Jestem pierwszym owocem ich związku. Po moich narodzinach rodzina przeniosła się do miasta Meksyk, gdzie rodzice mojego ojca osiedlili się w dziewiętnastym wieku.
Edukacja moich rodziców zawsze była dla mnie tajemnicą, którą rozwikłałem dopiero w późniejszym życiu. Byli jednymi z najlepiej wykształconych ludzi swoich czasów i, co dziwne, wywodzili się z samego centrum materialistycznej myśli głęboko zakorzenionej w mistycyzmie.
(…)
Po powrocie do Meksyku ojciec od razu otworzył praktykę lekarską i wkrótce zasłynął szeroko ze swoich kompetencji i sukcesów.
Jego sława była tak wielka, że przekroczyła granice Meksyku, obejmując cały zachód; władze krajów Ameryki Południowej oferowały mu bajeczne wynagrodzenie, które on jednak z godnością odrzucał, by pozostać w mieście, gdzie na równi traktowano bogatych i biednych, nigdy nikomu nie odmawiając pomocy. Tym zaskarbił sobie wielkie uznanie i powszechną miłość oraz znaczące wpływy w kręgach rządowych i pośród ogółu.
(…)
Matka, choć dorównująca ojcu wykształceniem, wielce utalentowana w dziedzinie sztuki i muzyki, cieszyła się jednakowym poważaniem, mimo że, z wyjątkiem szczególnych okazji, spędzała większość czasu w domu, poświęcając się edukacji mojej siostry i mnie, co uważała za swój najważniejszy obowiązek.
Nasz dom stał w przepięknym miejscu, na wzgórzach okalających miasto. Był to piętrowy budynek o klasycznej, szlachetnie tynkowanej fasadzie, ze wspaniałym dziedzińcem wewnętrznym wykładanym barwnymi kamieniami, pośrodku którego umieszczono przyjemnie orzeźwiającą fontannę i zasadzono tropikalne rośliny i drzewa.
(…)
Minęło wiele lat od czasu, gdy siadywaliśmy tam z matką w chłodniejsze wieczory. Pokazywała nam i objaśniała konstelacje gwiazd świecących tak jasno na czystym niebie tropików.
Wciąż żywo pamiętam tamte wieczorne wykłady. Roje gwiazd nie były dla matki tylko źródłem światła rozpraszającego mrok nocy, widziała w nich, tak jak jej przodkowie z mauretańskiego okresu, bogate siedlisko życia, miejsce zamieszkania bogów i duchów, tworzących bliskie relacje z dziećmi ziemi. Ileż lat upłynęło, jak wiele zmiennych kolei losu przetoczyło się od tych jasnych, słonecznych dni, gdy moja piękna matka prowadziła Esmeraldę i mnie na górskie szczyty, kształtując w nas miłość do piękna przyrody. Podziwialiśmy z góry taflę zatoki, zachwycaliśmy się spowitymi mgłą, błękitnymi pasmami gór. Wciąż pamiętam, jak miłe były dla nas lekcje geologii i historii naturalnej, które zgłębialiśmy podczas tych wędrówek, z jaką radością odkrywaliśmy osobliwe kamienie, rośliny i zwierzęta. Widzę ten pełen miłości blask w ciemnych oczach matki, gdy przestrzega nas, byśmy nie krzywdzili tych małych stworzeń, jako że wszelkie życie jest święte i pochodzi od Boga. Uczyła nas, że istnienie najmniejszych owadów ma sens i że możemy się więcej nauczyć, przyglądając się ich życiu, niż dokonując sekcji ich ciał po śmierci.
(…)
Dzięki naszym częstym górskim wyprawom nawet ptaki przekonywały się, że nie jesteśmy podobni do innych przedstawicieli naszego gatunku. Zaprzyjaźniały się z nami, przysiadały na naszych ramionach i rękach. Mam przed oczami obraz Esmeraldy z długimi, rozwianymi lokami, roześmianej i rozmawiającej z traszką, która przycupnęła na jej dłoni.
Ach! Wspomnienia te latami budziły we mnie smutek. Kochałem moją piękną matkę i siostrę czystą, świętą miłością. Jakże często pragnąłem znów być dzieckiem, by cieszyć się niezmąconym szczęściem spędzanych z nimi godzin. Dziś wiem, że to było niemądre. Widzicie, drodzy przyjaciele, co utraciłem, czy wiecie jednak, co zyskałem? Tamta radość była cudowna, lecz jeszcze wspanialsza jest ta, która płynie z pełnego poznania naszej duchowej natury. Niemądrze jest więc rozpamiętywać przeszłość, jeśli nie służy to czerpaniu nauki na przyszłość.
(…)
Ojciec, niemal bez przerwy zajęty pomaganiem chorym, nigdy nie marnował okazji, by pobyć w domu z rodziną. Często także wyprawiał się z nami w góry i wiódł długie rozmowy obok fontanny na dziedzińcu. Rozprawiali z matką godzinami o filozofii i nauce, a Esmeralda i ja, choć byliśmy jeszcze dziećmi, przysłuchiwaliśmy się im z głębokim zainteresowaniem, bo nawet jeśli nie wszystko rozumieliśmy, wyczuwaliśmy intuicyjnie prawdy osobliwie nam znane. Dziecko wie więcej, niż jesteśmy skłonni przyznać. Intelekt nie jest bowiem jedynym źródłem wiedzy, a czyste, nieskażone serce przegląda się w mądrości ducha i odbija jej światło.
(…)
Poza pracą lekarza ojciec prowadził wykłady w miejscu, które uważałem wówczas za szkołę medyczną. Było to jego prywatne laboratorium znajdujące się na piętrze naszego domu, do którego bronił nam dostępu. Jedyne drzwi z grubych desek dębowych były zawsze zamknięte na osobliwy zamek, a okna zabezpieczone żelaznymi kratami. W każdą środę wieczorem przychodzili do nas ludzie, którzy zamykali się z rodzicami w tym pokoju. Zauważyłem, że zawsze było ich dwunastu i zazwyczaj przychodzili i wychodzili pojedynczo. Podczas tych środowych spotkań pozostawaliśmy z siostrą pod opieką zaufanej służącej, która pilnowała, byśmy kładli się do łóżek o stosownej porze. Tak wyglądało nasze życie przez jedenaście lat do czasu, gdy skończyłem czternaście lat, a siostra jedenaście. Byliśmy otoczeni miłością i dobrocią, a każdy rok był nieprzerwaną, lecz przyjemną nauką. Matka władała płynnie językami, toteż już w wieku czternastu lat mówiłem biegle po hiszpańsku, francusku, angielsku i włosku, zdobyłem solidną wiedzę w dziedzinie przyrody, filozofii i sztuki. Esmeralda w niczym mi nie ustępowała, lecz jej domeną była przede wszystkim muzyka, a kiedy jej głos wybrzmiewał pieśnią, na ulicy zbierał się tłum zasłuchanych i oczarowanych tym doskonałym pięknem. Oboje zostaliśmy artystami w grze na wielu instrumentach i gdy ona grała na harfie, ja akompaniowałem jej na skrzypcach. Te rodzinne koncerty, w których często uczestniczyli nasi rodzice, sprawiały im wielką przyjemność, podobnie jak fakt, że z każdym dniem coraz bardziej się do nich upodabnialiśmy – ja do ojca, a Esmeralda do matki, której była doskonałym obrazem.
(…)
Pewnego wieczoru ojciec wrócił wcześniej niż zwykle. Usiedli z matką przy fontannie i pogrążyli się w żywej rozmowie. Bawiliśmy się z siostrą na dziedzińcu naszą dużą kolekcją pięknych morskich muszli i normalnie nie zwrócilibyśmy większej uwagi na rodziców, gdyby nie to, że ojciec nie pocałował nas na powitanie i nie przystanął, żeby się z nami pobawić. Smutek malujący się na jego przystojnej twarzy sprawił, że zaczęliśmy słuchać.
– Nino – zaczął, całując ją – myślałem o tym, że nasze beztroskie, miłosne życie musi się niebawem zakończyć, ustąpić miejsca powinnościom poważniejszej natury. I choć nawet przez chwilę nie zawahałem się podjąć czekającego nas zadania, czuję głęboki smutek, bo musimy się rozstać.
(…)
– Drogi mężu, zapominasz, że rozstajemy się tylko pozornie, bo nasze dusze stanowią jedno. Dwadzieścia lat wypełnionych czystą miłością i bezinteresowną pracą połączyły nas nierozerwalnie, pomogły nam wykształcić nasze wnętrza tak, że staliśmy się gotowi podjąć szlachetniejsze obowiązki. Kochamy się tak, jak kochać się mogą tylko czyste, altruistyczne dusze. Nie wolno nam jednak zaniedbywać powinności wobec tych, którzy przez te wszystkie lata otaczali nas swoją miłującą ochroną. Nie możemy też zapominać, że wszystko na tym świecie jest ulotne, a przetrwać może tylko to, co jest rzeczywiste. Odebraliśmy nauki, które prowadzą ku wieczności, i przez dwadzieścia lat cieszyliśmy się największym szczęściem na ziemi, by dane nam było dostrzec choćby niejasny obraz radości jeszcze większej i szlachetniejszej. Czy moglibyśmy teraz, uznając siebie za odrębnych od Wszystkiego, wyrzec się tego błogosławieństwa i przywileju, zaniedbując nasze wyższe powinności?
Twarz mamy emanowała blaskiem, a jej głowę okalała świetlista aureola, jej oczy iskrzyły się cudownym pięknem.
(…)
– Ukochana żono – odparł ojciec. – Jakże godnie reprezentujesz Mistrzów, oddajesz pełną sprawiedliwość szlachetnym Opiekunom, przywołując mnie do porządku. To prawda, że nasza ziemska egzystencja jest nietrwała! W każdej chwili blask może przesłonić ciemna chmura. Dziś żyjemy w pokoju, szczęściu i miłości, jutro śmierć może pozbawić nas domu, mogą odmienić się nasze losy, utrata majątku może pozostawić nas w łachmanach. Zaiste, ślubując Mistrzom, powierzyliśmy się opiece ich miłości i nie pozwolimy teraz, by te ulotne radości odwiodły nas od ścieżki obowiązku i błogości, która jest wieczna.
– To dobre i mocne słowa, mężu. Powiedz teraz, jakież to wieści przynosisz?
– Otrzymałem dziś szczególną wiadomość z Francji. Santos przeszedł inicjację i przybędzie tu niebawem, by uwolnić mnie od obowiązków. Będzie mu towarzyszył Albarez, choć nie wiem, w jakim celu. Możemy być jedynie pewni, że to zwiastuje zmiany.
(…)
– Z pewnością wydarzy się coś ważnego, lecz nie powinieneś mówić o zwiastowanych zmianach, bo to kojarzy się z czymś złym. Z pewnością obecność kogoś tak wielkiego musi oznaczać dobro. Tymczasem musimy przekazać dzieciom stosowne instrukcje.
– Tak – zgodził się ojciec. – Mają wystarczającą wiedzę i intuicję, by to zrozumieć. Jutro wybierzemy się razem w góry, by swobodnie porozmawiać z nimi o sprawach, których tajemnicy strzegliśmy tak długo, a która będzie miała największe znaczenie w ich życiu.
(…)
Po tych słowach rozmowa przeszła na inne tematy, a my z siostrą znużeni zabawą poszliśmy po instrumenty, by jak zwykle zasiąść we czworo do wieczornego koncertu.
Następnego ranka przygotowano dla nas lunch na całodzienną wędrówkę po górach. Smutny wyraz twarzy ojca poprzedniego wieczoru znikł bez śladu. Był ożywiony i zaciekawiony czekającą nas wyprawą. Przez cały ranek nasze geologiczne młoteczki rozbijały kamienie, studiowaliśmy też napotykane kwiaty i rośliny. Na szczycie góry odnaleźliśmy mnóstwo morskich muszli, co ojciec uznał za okazję do opowiedzenia nam o starożytnym świecie, gdy to, co teraz jest lądem, stanowiło dno morza, to zaś, co jest morzem, było domem wielkiej i potężnej cywilizacji, która została zakryta mrokiem dziejów. Po lunchu, gdy odpoczywaliśmy na dużej, porowatej skale, a słońce było w zenicie, ojciec zwrócił się do nas tymi słowami:
– Dzieci – zaczął, a matka usiadła między nami. – To, co wam teraz muszę powiedzieć, zrozumiecie w pełni, gdy będziecie starsi. A jako że otacza to wielka tajemnica, której nie mogę wam dzisiaj wyjaśnić, muszę zaufać waszej wewnętrznej wiedzy, że zada sobie ten trud. Wasza matka i ja jesteśmy członkami tajnego Bractwa, które ślubowało poświęcenie życia pracy na rzecz ludzkości. Nie tylko my, lecz także nasi rodzice i przodkowie od wieków należeli albo należą do tego tajemnego zakonu.
(…)
Oboje z Esmeraldą słuchaliśmy go z pełną uwagą, a ja byłem zafascynowany tym, co usłyszałem.
– To Bractwo – ciągnął ojciec – ma wiele stopni wtajemniczenia, poczynając od tych, którzy bezinteresownie pracują w najniższych wymiarach życia, po tych, którzy wyznaczają najwyższe granice ludzkiego rozwoju. Każdy stopień wiąże się z określoną powinnością i zobowiązaniem, a wasza matka i ja jesteśmy przedstawicielami stopnia czwartego. Oznacza to, że zanim będziemy mogli osiągnąć wyższy, „trzeci stopień”, musimy wychować w czystej miłości, kształtując w nich najwyższe cnoty i dobroć, dwie dusze, które zajmą nasze miejsce, zanim odejdziemy.
Wy, drogie dzieci, jesteście naszym świadectwem wypełnienia tego obowiązku, ufamy i wierzymy, że posiadacie doskonałe kompetencję i gotowość do wywiązania się z tej roli w przyszłości. Naszą powinnością było także przeżycie dwudziestu lat w miłości i altruizmie jako zwykli mieszkańcy tego świata, nauczając i szkoląc was tak długo, aż będziecie w stanie pójść dalej o własnych siłach.
(…)
Wypełnienie tych powinności, bycie przez te wszystkie lata żywym przykładem tego wszystkiego, co jest czyste i dobre, daje nam przywilej przejścia na szlachetny i wzniosły „trzeci stopień”, przywilej wyzwolenia się z więzów śmierci i osiągnięcia nieśmiertelności w najczystszej miłości.
Dzieci, dwadzieścia naszych lat niemal dobiegło końca. Jedynym niespełnionym warunkiem jest to, byście okazali się zdolni zająć nasze miejsce. Wiemy, że nasze życie wypełnione nauką nie poszło na marne i tylko kwestią czasu jest to, byście okazali się godniejsi od nas.
(…)
Mówimy wam o tym, drogie dzieci, ponieważ mamy powody wierzyć, że wkrótce zostaniemy wezwani do pełnienia nowych obowiązków, które być może będą wymagały zerwania łączącej nas więzi miłości.
Chciałbym wam wyjaśnić, że to, co wydaje się okrucieństwem, to, że nasza miłość dawała nam wszystkim wielką błogość, nie może się równać z jeszcze wyższą miłością opromieniającą to wyższe życie. Pamiętajcie, dzieci, że cokolwiek się stanie, jeśli więzy miłości zostaną zerwane i będziecie się czuli osamotnieni, z urodzenia i faktu, że zostaliście adoptowani przez Bractwo, macie pełne prawo do opieki tych potęg, które nie mają sobie równych.
(…)
Dopóki więc wasze życie pozostanie czyste i dobre, dopóki będziecie kroczyć ścieżką powinności, Wielkie Istoty zwane Protektorami będą was chroniły przed wszelkim złem.
Wspaniałe i szlachetne były słowa ojca, który opowiadał nam o rzeczach stanowiących treść jego duszy, lecz jeszcze piękniej i bardziej wymownie wybrzmiały słowa matki, która opowiadała nam o tych wielkich duszach należących do „trzeciego stopnia”. Z pełnym zaufaniem i pewnością nakreślili przed nami możliwości, jakie mogły otworzyć się przed nimi i przed nami, ich dziećmi, a kiedy skończyli, Esmeralda i ja, choć wciąż bardzo młodzi, poczuliśmy, jak przepełnia nas niemal równy entuzjazm.
(…)
– Tak więc – zakończył ojciec – jesteśmy pewni, że w przyszłości lepiej zrozumiecie nasze postępowanie i choć nie wymagamy od was przysięgi, oczekujemy, że zachowacie w tajemnicy to wszystko, co wam powiedzieliśmy, do czasu, gdy otrzymacie pozwolenie na ujawnienie tego.
To, co opowiedziała nam matka o członkach Bractwa, o ich wielkiej wiedzy, mocach i cudownej piękności, wzbudziło w nas pragnienie, by stać się takimi jak oni, by dowiedzieć się więcej o tym, co ich łączyło z naszymi rodzicami.
Zapadł wieczór i weszliśmy do domu. Szedłem z Esmeraldą i rozmawialiśmy tylko o Braciach.
(…)
Nie wydarzyło się nic szczególnego aż do środowego wieczoru, gdy w laboratorium ojca miało się odbyć zwyczajowe spotkanie loży masońskiej, której, jak nam teraz powiedział, był Czcigodnym Mistrzem.
Tego wieczoru ojciec wrócił do domu w towarzystwie nieznajomego.
Był to wysoki, smukły i wysportowany mężczyzna o kasztanowych, wijących się, długich włosach i starannie przystrzyżonych wąsach tego samego koloru. Jego oczy miały barwę stalowoniebieską, były szeroko otwarte, o bardzo przenikliwym spojrzeniu. Twarz miał bladą i nieco kanciastą. Całą jego postać otulała długa opończa w kolorze indygo, zwisająca luźno do kolan. Na dłoniach nosił rękawiczki, których nie zdejmował. Mówił niskim, stłumionym głosem, zdającym się posiadać nieznaną moc, która przyprawiała o dreszcze. Zauważyłem też, że nieznajomy unikał osobistego kontaktu ze wszystkimi i od razu po przybyciu udał się do laboratorium, którego nie opuszczał nawet w porze posiłków przygotowywanych specjalnie przez matkę i dostarczanych mu do pokoju.
(…)
Kiedy pojawił się w naszym domu, matka oznajmiła, że oboje z ojcem muszą tej nocy zająć się bardzo trudną pracą i nie powinno nas niepokoić, jeśli nie spotkamy się do późnych godzin następnego dnia. Pocałowała nas na dobranoc i poszła do laboratorium, podczas gdy ojciec został na dole dłużej niż zwykle. Około ósmej zjawili się cotygodniowi goście, ale tym razem przyszli jednocześnie w asyście innego nieznajomego. Esmeralda i ja zostaliśmy z Juanitą, pokojówką, a ojciec udał się wraz z całą grupą do laboratorium.
Położyłem się z głową pełną myśli o tajemnicach, które poznałem w ciągu ostatnich kilku dni. Długo nie mogłem zasnąć po tym niespokojnym wieczorze.
(…)
Śnie, osobliwa zagadko, któż zna twoje znaczenie i cudowne moce, jakim pozwalasz swobodnie igrać w swoich granicach? Zasnąłem i śniłem, że zostałem przeniesiony do dzikiego, górzystego kraju, gdzie na stromym, skalistym zboczu wysokiego pasma gór w otoczeniu ośnieżonych szczytów stała duża budowla przypominająca klasztor. Potem, działaniem tej cudownej przemiany charakterystycznej dla snu, znalazłem się na wewnętrznym dziedzińcu otoczonym wielkimi kolumnami, pośród kapłanów ubranych w białe szaty. Na dużej, białej platformie w kształcie sześcianu stojącej w rogu dziedzińca siedziała na tronie z macicy perłowej albo kości słoniowej obleczona długą szatą postać. Z jej odkrytej głowy opadały na ramiona długie, złote loki, jej twarz miała młodzieńczy wygląd, niebieskie oczy spoglądały łagodnie. Wpatrując się w nią, zobaczyłem, jak spowija ją świetlista aureola, potem cała postać stała się przezroczysta jak kryształ, a przez jasnoniebieską szatę z muślinu zaczęło emanować złote światło. Ujrzałem, jak rysy twarzy siedzącego się zmieniają i jak jej łagodny, życzliwy wyraz ustąpił surowości. Wokół rozbłysły fioletowe iskry. Nie mogłem oderwać oczu od tej sceny. Zgromadzeni w białych szatach cofnęli się, a naprzód wystąpiło dwanaście postaci, także przezroczystych, lecz bez złotej poświaty, ubranych w żółte szaty. Utworzyły one krąg wokół tronu. Wtedy dopiero dostrzegłem złoty zodiak na białej marmurowej posadzce i zrozumiałem, że każda z tych postaci stoi na innym znaku. Dziedziniec spowijał promienny blask, którego źródła nie umiałem odgadnąć. Nagle pojawiło się dwanaście innych postaci w szatach o barwie indygo. Prowadziły kogoś, piękną istotę, której szaty mieniły się perłowo. Wpatrując się w nią, rozpoznałem swoją matkę. Nad jej szerokimi, szlachetnymi brwiami o barwie perłowej i kości słoniowej jaśniała jasna, złota gwiazda o pięciu wierzchołkach. Jakże piękne miała oblicze! Jak spokojne i wspaniałe rysy! Jej dwunastu przewodników rozdzieliło się przed nią i stanęło po sześciu po obu jej stronach, formując trójkąt. Postąpiła krok naprzód. Nagle całą tę scenę spowiła mgła, a ja pogrążyłem się w głębokim, pozbawionym marzeń śnie. O, duszo! Wyzwolona z okowów materii, gdzie zawędrowałaś w tym śnie?






