Aimée Blech
Tym, którzy cierpią…


34,00 

Cierpienia dotykają wszystkich ludzi, jednak czy są to nieuniknione doświadczenia? Autorka twierdzi, że nie. Są wyłącznie stanem przejściowym, a samo cierpienie spełnia ważną funkcję, ponieważ jest wskazówką na błędnie działające części naszej psychiki, na przekonania, które nam już nie służą. Cierpienia są nieuniknionym rezultatem sprzeniewierzenia się boskiemu Prawu, są konsekwencją błędnych myśli, słów i uczynków, są również szkołą miłości i współczucia.

SKU: 1014301 Kategoria:

Opis

Zdobywając wiedzę stajemy się w coraz większym stopniu panami własnego przeznaczenia. Niewiedzący jest niewolnikiem swych namiętności, a przez to niewolnikiem swego losu. Jeżeli przeciwnie, znamy prawo, jeśli je rozumiemy, możemy przez czyste i pełne współczucia myśli tworzyć dobrą karmę.

Nawet takie cierpienie jak odejście za kurtynę śmierci ukochanego bliskiego nie oznacza jego utraty. Nie należy go przyzywać do siebie, lecz raczej wznosić się do niego. Niech nasza miłość będzie siłą wiodącą go naprzód, a nie ciężarem ściągającym w dół, niech nasze modlitwy i myśli, pełne tkliwości, ufności i nadziei, stworzą mu atmosferę pokoju i światła. Żyjmy tak, jakby on tu był, starając się wnieść do naszych codziennych zajęć ten sam zapał i dobrą wolę. Odejście w zaświaty jest bardzo ważną lekcją na drodze rozwoju każdej duszy. Lekcja ta oraz wszystkie lekcje cierpienia prowadzą każdego z nas bowiem do egzystencji wyższej, niż ludzka.

Cytaty z książki:

Wy wszyscy, którzy cierpicie, o bracia i siostry moje – jakikolwiek byłby powód waszych przejść, waszego bólu – do was to zwraca się dusza, która sama wiele cierpiała, wam poświęca tych kilka słów z gorącym życzeniem, by ulżyć waszym udręczeniom, by przynieść wam trochę nadziei, by rzucić w mroki waszych dusz promień pociechy.

(…)

I zwracam się do tych, którzy nie posiadają żadnej wiary, do tych, którzy ją utracili, którym wątpliwości nagle lub stopniowo podkopały wiarę, do tych, którym nie wystarcza ich wyznanie, nie dając im mocy w próbach życiowych, nie wyjaśniając zagadnienia pozornych niesprawiedliwości życia – tym pragnęłabym w tej małej książce wytłumaczyć, czym jest cierpienie, jakie jest jego źródło i cel oraz wskazać środki zaradcze.

(…)

Wszyscy, którzy cierpicie, nie zapominajcie, że nie tylko wy jedni cierpicie, uginając się pod bolesnym brzemieniem waszych udręk, i starajcie się ulżyć innym; nie zamykajcie się w bezpłodnym i egoistycznym bólu. Czyż cierpienie nie jest wspólnym przeznaczeniem ludzkości?

Na każdym kroku spotykamy się z cierpieniem – czasem ukrytym, milczącym, czasem wybuchającym skargą rozpaczy. Jeżeli się wsłuchacie, dosłyszycie w gwarze wielkomiejskim jęk wszystkich cierpień fizycznych i moralnych. Biedni ludzie. Biedna nieszczęśliwa ludzkość! A zarazem pełna chwały ludzkość, jej ból to bóle narodzin, gdyż z niej wyłoni się Boskość…

Nie czas jeszcze mówić tu o celowości cierpienia. Zanim ujrzymy je w kolektywnej całości, posłuchajmy wpierw litanii cierpień indywidualnych.

(…)

O, bracie mój, który straciłeś wszystko, co było twoim szczęściem – tę, którą ubóstwiałeś – drugiego człowieka. Życie stało ci się odtąd ciężarem nie do zniesienia. Znasz pustkę dni ponurych, udręczenie bezsennych nocy, rozpaczliwe wołanie, na które odpowiada tylko cisza! Znasz jeszcze po stokroć cięższe przebudzenia po krótkim śnie… A ty, biedna matko, zaledwie parę tygodni temu kołysałaś w ramionach swego anioła, szalonymi pocałunkami okrywałaś bose nóżki swej dzieciny… I oto otworzył się grób, a potem zamknął się nad ciałem twego dziecka… Bunt wre w tobie. Mroczna kwestia śmierci bezustannie trawi twój mózg.

(…)

A ty, biedne dziecię, zawiedziona zostałaś w twoich najczystszych uczuciach. Ten, w którym pokładałaś zaufanie, był tylko przystrojonym grobowcem, a zgłębiwszy pewnego dnia jego prawdziwą naturę, zostałaś ugodzona prosto w serce. Po tym okrutnym doświadczeniu pozostała w tobie bezdenna gorycz. Wszystko, co było w tobie miłością, radością i śpiewem, stało się nienawiścią, wzgardą, niechęcią. A jest to cierpienie, które z życia czyni piekło.

(…)

A ty znów, siostro moja, nie zasługując na to wcale, stałaś się ciągłą ofiarą oszczerstw niweczących twe dążenia, twe szczęście, odbierających ci uczucia bliskich, usiłujących zbrukać twe najczystsze czyny.

To również jest bardzo ciężką próbą; próbą, która budzi w tobie bunt przeciwko niesprawiedliwości.

(…)

Bracie, marzyłeś o sławie, o upojnej chwale, o wspaniałej artystycznej przyszłości, a teraz przeznaczenie pozostawia cię w cieniu, szyderczo ska­zuje cię na zapoznanie, na drobiazgową i upo­karzającą pracę, na spełnianie drobnych obowiązków. Twoje gorące pragnienie ideału, pragnienie bohaterstwa zostało sponiewierane. Co godzinę czeka na ciebie nowy cios, nowa przeciwność powstaje przeciw tobie i co chwilę z buntem i obrzydzeniem w duszy musisz uginać się pod ciężarem brutalnego przeznaczenia.

(…)

Ty zaś, siostro moja, płaczesz w samotności. Masz świadomość posiadania skarbów uczucia, a zmuszona jesteś zamykać je w sobie. Nie masz matki, by przytuliła się do twego serca, nie masz męża, który by cię otoczył miłością czułą i silną – ani też nie masz dzieci, by wyciągnąć do nich matczyne ręce. Cierpisz głód uczucia i ten głód pożera cię w dzień i w nocy, i z każdym dniem twoja samotność staje się cięższa do zniesienia.

(…)

A ty, bracie… Skąd wyraz rozpaczy na twej twarzy? Rozumiem! Sądziłeś, że twoja przeszłość pełna błędów i upadków została pogrzebana, sądziłeś, że po tylu ciężkich walkach z porywami twej niższej natury znalazłeś spokój, a twoja dusza pełna była radości, śpiewu i uduchowionych dążeń. A oto przez jedną niespodziewaną pokusę wstaje z martwych zapomniana przeszłość, a zwyciężony nieprzyjaciel znów stawia czoło jeszcze silniejszy i potężniejszy. Niższa natura upomina się o swoje prawa. Wzniosłeś się tylko po to, by upaść z większej wysokości. Przygniata cię wstyd. Jesteś zwyciężony – nie śmiesz marzyć o przyszłości, która być może gotuje ci nowe upadki.

(…)

A twoje cierpienie, bracie mój, jest jeszcze szlachetniejsze, bo jest nieosobiste. Cierpisz za ludzkość!… Ze ściśniętym sercem badasz społeczny i moralny ból, wśród którego szamoczemy się pozornie bez wyjścia. Myślisz o nędzy, której dopomóc się nie da, o zbrodniach popełnianych w ukryciu, o pożądaniu uciech, które zamieniają samoluba w dziką bestię. Myślisz o tych wszystkich nadużyciach, których można by uniknąć – o ka­tastrofach, którym można by zapobiec, gdyby czystość, prawość, sprawiedliwość odgrywały dla nas poważniejszą rolę. Ciąży ci twoja bezradność, a smutek ściska serce. Chętnie poświęciłbyś swe życie dla tej ludzkości, niewolnicy własnych żądz, nieszczęśliwej i ciemnej. I wyrywa ci się z piersi krzyk: „Dlaczego tyle zła? Tyle niesprawiedliwości? Tyle cierpienia?”.

(…)

W tej litanii ziemskich cierpień, ileż zostało zapomnianych, ile niewymienionych? Szarpiące beznadziejne cierpienia, męki okrutne i tajemnicze, ukrywające się w cieniu… Iluż to z was, o moi cier­piący bracia, powie sobie, czytając tę książkę: autorka nie odgadła, nie domyśla się nawet tak wielkiego cierpienia, jeszcze okrutniejszych do­świadczeń, takiego krzyża, który cięższy jest od wszystkich tutaj opisanych.

Nie zapominajcie jednak, że wasz krzyż prawie zawsze wydaje się cięższy od krzyża innych. Cierpienie, które los wyznaczył bliźniemu, wydaje się lżejsze do zniesienia i nazbyt skłonni jesteśmy do bagatelizowania cudzych cierpień, porównując je z naszymi… I to również jest bardzo ludzkie.

(…)

Problem cierpienia jest zagadnieniem niezmiernie trudnym, a jednocześnie bardzo życiowym, gdyż dotyczy on bezpośrednio każdej istoty ludzkiej. Nie ma na świecie stworzenia, które nie brałoby udziału w cierpieniu, nie ma istotnego postępu, który dokonałby się bez bólu. Żadna istota nie wzniosła się na pełne chwały szczyty ewolucji, nie idąc wpierw w ciągu całych wieków po ciężkiej ścieżce cierpienia.

„Czy cierpienie jest zatem prawem?”, zapytacie. Nie, prawem nie jest, jest tylko naszym własnym wytworem, a nie Boskim. Cierpienie nie jest niczym innym, jak nieuniknionym rezultatem pogwałcenia Boskiego pra­wa: każda istota, która cierpi, cierpi dlatego, że pogwałciła prawo, czy to w tym życiu, czy w przeszłym, i nie może go uniknąć, podobnie jak dziecko nie może nie ulec sparzeniu, dotknąwszy się ognia. Wszystkie więc nasze cierpienia są konsekwencją naszych błędnych myśli, słów i uczynków – obecnych lub z życia poprzedniego.

To twierdzenie stawia nas wobec dwóch wielkich praw, będących podstawą nauczania teozoficznego, podobnie jak i wielu starożytnych religii: prawa ewolucji, łącznie z reinkarnacją, i prawa przyczynowości.

Te dwa wielkie prawa, które teozofia na nowo przynosi współczesnemu światu, pomagają nam zrozumieć, dlaczego cierpienie jest pożyteczne.

(…)

Powróćmy do ewolucji ludzkości. Upływają liczne życia, aż człowiek obowiązku staje się dobroczyńcą ludzkości; jego czoło zaczyna jaśnieć mądro­ścią. Szlachetne dążenia przepełniają jego duszę, ideał miłości i sprawiedliwości żyje w jego sercu, prowokuje go do zapominania o sobie, do poświęcania się dla innych. Pierwiastek Chrystusowy (albo pierwiastek miłości i ofiary, dochodzący do pełni rozkwitu u wtajemniczonych) rozwija się w nim. Powoli wyrzeka się on uczuć wyłącznych, by ściśle zjednoczyć się z wielką całością, by zlać się w jedno z ludzkością i z Bogiem. Później jego osobowość zatapia się w oceanie miłości powszechnej, pragnie on żyć jedynie dla swych braci i przywdziać nowe ciało ludzkie tylko po to, by poświęcić się służbie ludz­kości.

Pragnie on tyko oświecać i pocieszać i nieść wszędzie oliwną gałązkę świętego pokoju, który mieszka w jego duszy. Wobec Boskiej radości zjednoczenia się z Najwyższym nikną wszystkie radości ziemi – pozostaje on dla nich obojętny. Nic nie potrafi zachwiać jego pogody. Jest słońcem promieniującym wiecznie ponad nawałnicami i burzami życia.

Coraz szybciej zatem, coraz wyżej wznosi się człowiek ku chwalebnym szczytom, koronującym ewolucję człowieczeństwa… Staje się wreszcie mistrzem. I owa istota, będąca już kimś więcej niż człowiekiem, istota, która zbudziła i rozwinęła Boga w sobie, nie przestaje się wznosić coraz wyżej, bo choć jego ludzka ewolucja jest ukończona, ewolucja odbywa się jednak poprzez inne światy, w nieskończoność.

Jakże zawrotny jest ten gigantyczny pochód. Tacy jesteśmy mali, a nasz mózg taki ciasny i ograniczony. Jakże potrafimy ogarnąć tę niezmierną chwałę? Rozsądniej wydaje się nie próbować. Starajmy się przyswoić sobie przynajmniej to, co rozumiemy dziś, a w miarę wzrostu zrozumiemy więcej.

(…)

Bez cierpienia, które wzbogaca naszą świadomość, które nieubłaganie wykuwa nasze dusze w początkach ewolucji, ewolucja ta byłaby stokroć powolniejsza. W cierpieniu szybciej się rozwija nasza zaczątkowa świadomość, szybciej się rozwija, gdy dusza jest wstrząsana gwałtownymi uczuciami, gdy jest męczona napadami namiętności, ciosami życia zewnętrznego. Cierpienie jest nieodzowne w początkach ewolucji ludzkiej i pożyteczne podczas całego jej trwania. Coraz intensywniejsze i subtelniejsze w miarę naszego rozwoju, jest ogniem probierczym, gdzie pozostają żużle naszych niskich instynktów, naszego egoizmu; jest ono również szkołą miłości i współczucia. A jeśli czasem napełnia nas goryczą, to częściej jednak rozwija się w naszym sercu ziarno czu­łej litości ku wszystkiemu, co cierpi. Czyż jest między nami ktoś, co by nigdy nie cierpiał? Czyż taki potrafiłby podać rękę swemu nieszczęśliwemu bratu, płakać z płaczącymi, znaleźć dobre, łagodzące słowa, które są balsamem dla ran?

Skąd ten przesadny strach przed cierpieniem? Dlaczego staramy się go unikać za wszelką cenę? Sądzę, że jest to jedna z charakterystycznych cech naszych czasów. Wynajdujemy leki na najlżejsze cierpienia… bo nie umiemy się im przeciwstawić!…

(…)

Bez zła nie istniałoby na świecie cierpienie. Otóż podobnie jak cierpienie jest pożyteczne, bo ułatwia duszy jej rozwój, tak zło również jest użyteczne… Zawołacie pewnie: „Cóż za niemoralna zasada!”. Czemu niemoralna? W gruncie rzeczy niemoralnym jest to jedynie, co opóźnia rozwój człowieka wbrew wielkiemu prawu ewolucji. Dla nas, teozofów, prawdziwa moralność polega na postępowaniu naprzód w harmonii z wielkim prawem, a złem jest wszystko to, co postęp ten opóźnia, co stawia tamę temu potężnemu ruchowi, co sprzeciwia się powszechnej i indywidualnej ewolucji. Cóż jest względniejszego od zła? Namiętności, egoizm, ambicja są niezbędnymi bodźcami dla dusz – dzieci, uczą ich one walki, z której rodzi się siła, rozwijają w nich zaczątki inteligencji, pchają je naprzód – czyż są one złem? Płynie z nich nieocenione dobro. Ewolucja tych dusz zostaje przyśpieszona. W ich stadium rozwoju zło nie może być głębokie, gdyż mental jest jeszcze słaby. Jednak egoizm, ambicja w obecnym naszym stadium rozwoju są złem, ponieważ nasza umysłowość rozwinęła się i poddając się im, opóźniamy naszą ewolucje, świadomie sprzymierzamy się przeciwko wielkiemu prawu i, jeśli będziemy trwać w błędzie, prawo to musi nas złamać.

Dusza – dziecko często zmuszona jest przechodzić przez próbę zła, ponieważ rezultatem zła jest cierpienie, które wskazuje jej, że przekroczyła prawo.

Jakże nauczyć duszę, by panowała nad swymi namiętnościami, nad swym niższym Ja, jeśli dusza ta nie cierpiała dzięki tym namiętnościom i nie odczuła na sobie straszliwych konsekwencji poddawa­nia się jarzmu swej niższej natury?

Z drugiej znów strony, jaka siła popchnęłaby naprzód młodą duszę, gdyby nie miała ona bodźca w egoizmie i ambicji? Czy zdołalibyście znaleźć dla niej bodziec w poczuciu obowiązku, w jakimkolwiek ideale lub idei poświecenia? Przecież posiada ona zaledwie słabe pojęcie zła i dobra! Nie zrozumiałaby was nawet. Potrzeba jej pobudek odpowiadających stopniowi jej inteligencji. Czyż dziecko znalazłoby przyjemność w książkach naukowych? Czy bawiłyby go narzędzia chirurgiczne? Jak możecie nauczyć się tego, co jest sprawiedliwe, jeśli nie poznacie tego, co jest niesprawiedliwe? Pani Besant zapytuje w jednej ze swoich ostatnich książek: „Jak moglibyście wybrać dobro, gdybyście nie znali zła? Jak poznalibyście światło, gdyby nie było ciemności?”.

(…)

Rozwój sił dokonać się może jedynie przez zmaganie się, przez walkę, przez wysiłek – przez ćwiczenia. Jedynie bicz cierpień i zawodów popycha nas naprzód i budzi w nas energię życia wewnętrznego, które inaczej po­zostałoby w stanie ukrytym. Streszczam to, co powiedziałam: dla nas, teozofów, złem jest wszystko, co opóźnia ewolucję człowieka, wszystko, co stawia jej zapory. Z chwilą, kiedy zło przyśpiesza, postęp i ewolucja przestaje być złem – staje się tylko koniecznością… Bądźmy więc pobłażliwi dla młodych dusz, a surowi dla siebie. One uczą się swych lekcji; my mamy do przyswojenia sobie inne, których kiedyś i one będą się uczyć. Pozwólcie dojrzeć tym ideom w waszym umyśle, a przekonacie się, jak się wam rozjaśni bolesne zagadnienie zła.

Gdyby ktoś z was czytając tę książkę, powiedział: „Jeżeli zło jest dobrem, mogę zatem bez skrupułów ulegać mym namiętnościom”, zrozumiałby mnie bardzo mylnie. Bądźcie pewni, wy wszyscy, którzy te kartki czytacie, że dla was zło nie może już być dobrem. Z chwilą, kiedy pojmujecie i macie świadomość ego, może wam ono jedynie szkodzić i zatrzymać was na drodze postępu.

(…)

Mamy więc w społeczeństwie ludzkim dusze różnego wieku i na różnych stopniach rozwoju. Są ludzie – dzieci i ludzie Boscy – którzy kończą swą ewolucję, ci, których z tak głębokim szacunkiem nazywamy mistrzami.

Złudzeniem więc jest ta domniemana równość, którą tylu ludzi głosi. Na czym oprzeć równość w społeczeństwie, jeśli nie ma jej we wszechświecie? Muszą być zawsze, tak jak w człowieczej rodzinie, więksi i mali, będą zawsze niewidzący i wykształceni, istoty czyste i niskie, geniusz obok idioty.

Jeśli jednak to wielkie prawo ewolucji utwierdza nas w przekonaniu, że utopią jest równość między ludźmi, to daje nam to jednocześnie wielką naukę: braterstwa i solidarności społecznej.

Wszyscy musieliśmy przejść przez niższe stopnie rozwoju, przez formy zwierzęce, przez stany świadomości odpowiadające ich ustrojowi, mamy więc wobec nich obowiązki ludzkiego ich traktowania z dobrocią i współczuciem, mamy obowiązki nienadużywania ich usług, pomagania im w rozwoju metodami pełnymi życzliwości. Ci, którzy kochają zwierzęta i przebywają z nimi, wiedzą, jak są one wrażliwe i podatne na wpływ serdecznego obchodzenia się z nimi. Nieraz przez siłę przywiązania stają one na równi z ludźmi w swej dobroci i w inteligencji.

Zupełnie słusznie nazywamy ich naszymi młodszymi braćmi lub kandydatami na ludzi i prawo, którym wynosiliśmy się nad nimi, jest tylko prawem silniejszego.

(…)

Wyobraźcie sobie nasze niezliczone życia ziemskie jako potężny pochód, wznoszący się ku pozornie niedostępnym szczytom.

Olśniewającą jasność samych wierzchołków wi­dzieć mogą jedynie pielgrzymi będący najbliżej szczytów: nasi bracia starsi postępujący pewnym krokiem, których nic już z drogi wiodącej do celu nie zawróci. Bracia najmłodsi, dzieci ludzkości, idą jeszcze po omacku przez ciemną dolinę, zatrzymy­wani przez różne przeszkody, nieświadomi drogi. Ludzkość o rozwoju średnim, na nieskończenie rozmaitych stopniach ewolucji, podążając za braćmi starszymi, wyprzedza dusze-dzieci, idąc za starszymi bezwłasnowolnie lub z pełnym zaufaniem w tej nieustającej wędrówce, której początku i celu nie dostrzega. W tym spinaniu się ku górze braterstwo powinno być uważane za olbrzymi łańcuch, którego ogniwem jest każda istota ludzka. Nie można się wspinać samemu – zawsze się idzie za kimś i kogoś za sobą prowadzi. Z wdzięczności ku temu, który podaje wam rękę, by pomóc przejść niebezpieczne szczeliny, powinniście drugą rękę podać temu, który idzie za wami, padając ze znużenia, bo ludzkość jest jednością i pomoc dana jednemu z jej dzieci jest po­mocą daną wszystkim, a nie zawsze za wyświadczoną przysługę spłaca się dług temu, który ją wyświadczył.

Starajmy się marzenia o braterstwie wprowadzać w życie, wczuwajmy się, starając się odtworzyć w sobie wibrowanie wszelkiej istoty żyjącej; jednoczmy się z każdym z naszych braci i tę odrobinę wiedzy, którą posiadamy, oddajmy na ich usługi. I jeśli promień wielkiej prawdy zajaśniał na naszej drodze, zaznajmy nieskończonej radości rozjaśnienia nim innych istnień.

Pracując dla dobra innych, pójdziemy naprzód pewnie i szybko ku temu dalekiemu celowi, którego olśniewający blask zaledwie możemy sobie wyobrazić.

(…)

Widzieliśmy, że cierpienie jest potężną dźwignią dobywającą nas z nędzy naszych namiętności – widzieliśmy, że jest ono warunkiem przychylnym rozwojowi, a nawet niezbędnym, że jest ono wielkim wychowawcą ludzkości. Widzieliśmy, że podobnie jak zło pochodzi z niewiedzy, tak cierpienie ma źródło w błędzie.

Zasada jest ogólna, ale stosuje się także do różnych poszczególnych, indywidualnych wypadków. Nasze cierpienia, jakiekolwiek by one były, są rezultatem niedobrych myśli lub nagannych czynów, którymi zgrzeszyliśmy w tym lub w poprzednim życiu.

Stajemy więc wobec drugiego wielkiego prawa, zwanego przez Hindusów karmą, które to prawo jest nieodłączne od prawa reinkarnacji.

Można mu nadać różne nazwy: prawo odpłaty, prawo przyczynowości lub sprawiedliwości immanentnej. Te różnorodne nazwy pomogą wam zrozumieć jego działanie i znaczenie.

I jeśli zdołacie uchwycić i pojąć rolę oraz działanie karmy w wielkim zbiorowym życiu ludzkości, jak również w waszym małym indywidualnym, rozjaśni się wam bardzo zagadnienie cierpienia. Przenikniecie tajemnicę przeznaczeń ludzkich i przekonacie się, że tam, gdzie z sercem pełnym smutku widzieliście tylko niesprawiedliwość (Zaleca się przeczytać książkę „Karma” i rozdział traktujący o karmie w dziele „Odwieczna Mądrość” Annie Besant [obydwie książki zostały opublikowane przez wydawcę niniejszego działa, przyp. tłum.].) i bezprawie, jaśnieje boska sprawiedliwość. Zdaje mi się, że ta prawda jest już nam znana. Zastanówcie się dobrze, czy nie czytaliście słów wielkiego wtajemniczonego chrześcijaństwa: „Nie trwajcie w błędzie, nie naigrywajcie się z Boga. Co człowiek posiał, to zbierać będzie”.

Oto moralność karmy w paru słowach.

Oto prawo przyczyny i skutku: wszelki skutek pochodzi od jakiejś przyczyny, każda przyczyna tworzy skutek, skutek jest proporcjonalny do przyczyny, która go wywołała…

Wszystkie cierpienia są długiem spłaconym bądź to ludziom, bądź Boskiemu prawu.

(…)

Mówiliśmy o cierpieniu z ogólnego punktu widzenia i o niektórych jego przyczynach, mówiąc o prawie karmy. Pragnęłabym teraz powiedzieć wam o jednej z najczęstszych przyczyn cierpienia, dotykających każdego z nas – wszyscy straciliśmy kogoś bardzo kochanego i wszyscy musimy umrzeć. Dla teozofa śmierć nie jest czymś strasznym, nie jest końcem przeznaczenia ludzkiego. Jest tylko prostą zmianą miejsca i stanu, stawiającą nas w warunkach odmiennych od ziemskich.

Jeżeli zobaczycie kiedyś teozofa obawiającego się śmierci, powiedzcie mu, że nie jest jeszcze teozofem.

Prawdziwy teozof umiera spokojnie, z ufnością. Wie, co go oczekuje; śmierć nie jest dla niego czymś strasznym ani czymś tajemniczym, nieznanym. Wie, że jego drodzy przyjaciele powitają go i pomogą mu stawiać pierwsze kroki w tej nowej egzystencji.

Nie boi się zatem niczego. Jeżeli miewał w tym życiu chwile upadków, wie, że będzie musiał zatrzymać się dłużej w świecie astralnym (który odpowiada pojęciu katolickiemu czyśćca), lecz i tu będzie mógł stać się użyteczny, żyć czynnie i z poświęceniem, co będzie wielkim wynagrodzeniem za obowiązkowe tam przebywanie. Wie on, że nieza­wodnie z biegiem czasu i dzięki własnym wysiłkom i pragnieniom, wyzwoli się z tego, co go zatrzymuje w świecie astralnym i przejdzie do życia niebiańskiego o niezmiernych i nieopisanych radościach.

O, bracia moi! Śmierć jest sprawą tak małą! Dlaczego czynić z niej coś najstraszniejszego na ziemi? Dlaczego czynić z niej ciemną otchłań, w którą musimy wpaść, podczas gdy jest ona tylko jednym krokiem więcej ku światłu?

(…)

Ukochani nasi nie umarli. Gdyby zniknęła zasłona materii, zaciemniająca nam wzrok, gdybyśmy mogli wyjść z ciała fizycznego, ujrzelibyśmy ich uśmiechniętych i spokojnych. Nie czują się oni bardziej umarłymi od nas, widzą nas w pewnych okolicznościach i pragnęliby dodać nam odwagi, lecz my nie słyszymy i nie widzimy ich, gdyż szybkie drgania ich subtelnego ciała nie mogą znaleźć oddźwięku w naszym ciele fizycznym (Mówi się tu przede wszystkim o tych, którzy umarli bądź to nagle, bądź w pełni młodych sił, bądź to w sile wieku. Ich ciało astralne ma w sobie tyle siły, że czyni z nich do pewnego czasu więźniów w niższych światach tamtej strony.). Nasza rozpacz smuci ich, bo istotnie opłakujemy ich tak, jakbyśmy już nigdy nie mieli ich ujrzeć, jakby nieśmiertelność i życie pozagrobowe były dla nas tylko słowami, a nie rzeczywistością, A tymczasem spotykamy się z nimi często w nocy, odnajdujemy ich, jesteśmy z nimi, jak tylko dzięki działalności snu nasza dusza uwalnia się z ciała. Jesteśmy wtedy szczęśliwi w bliskości naszych ukochanych. I jeżeli nie pamiętamy o tym budząc się, to jedynie dlatego, że szybkie drgania świadomości astralnej nie mogą udzielić się naszemu fizycznemu mózgowi i wywołać w nim wibracji równo­czesnych.

(…)

Z pięciu sfer, w których działa świadomość ludzka, przejawiająca się w różnych ciałach, pominiemy na razie znany nam świat fizyczny i dwie sfery najwyższe, przechodzące granice naszego pojęcia. Świat astralny jest to sfera wzruszeń, sfera składająca się z materii, podobnie jak i nasz świat fizyczny, jakkolwiek materia ta jest tak subtelna, że nie możemy jej widzieć i wymyka się spod naszych ścisłych obserwacji.

Wibracje świata astralnego wyrażają się jako uczucia, pragnienia, wzruszenia i namiętności i oto dlaczego nazywamy go światem emocji. Materia świata astralnego przenika materię fizyczną tak samo, jak materia sfery wyższej przenika z kolei świat astralny. Sfery te trzeba sobie wyobrazić jako różne stany materii przenikające się nawzajem, a zarazem oddzielone od siebie właśnie różnicą składu. Człowiek po śmierci przechodzi bezpośrednio do świata astralnego. Świat ten pod wieloma względami przypomina świat fizyczny, bo składa się również z materii i wszystkie przedmioty fizyczne znajdują tam swoje odpowiedniki. Podobnie jak na ziemi mamy różne stany materii, tj. ciała stałe, płynne, lotne i etery – tak w świecie astralnym istnieją różnorodne połączenia materii i wedle nich dzieli się on na różne strefy od najgrubszej do najlotniejszej.

Ciało astralne podczas życia człowieka na ziemi kształtuje się i tka z jego uczuć. Jeżeli te uczucia i namiętności są pospolite, ciało astralne utworzone będzie z materii najcięższej, zajmującej miejsce w naj­gęstszych strefach świata astralnego. Najniższa z nich może być porównana do piekła, wyłączając wieczność katuszy. Istoty bardzo złe, prowadzące życie zbrodnicze i poniżające, przebywają tam przez pewien dłuższy lub krótszy czas, cierpiąc z powodu brutalności swej własnej natury, cierpiąc przez powolne i bolesne pozbywanie się namiętności, przez pożądania, których nie mogą zaspokoić. Będąc blisko świata fizycznego, gdyż materia tej niskiej sfery zbliżona jest do naszej, mogą odwiedzać miejsca nieczyste i na nieszczęście poddawać zbrodnicze myśli ludziom o naturze podobnej do nich. Nie szukajcie gdzie indziej szatanów, o których mówi Kościół – ci są, z tą tylko różnicą, że mieszkańcy najniższej sfery astralnej są szatanami tylko przez pewien okres czasu. Siłą wszechmogącej ewolucji oczyszczą się powoli ze swych żądz; grube cząsteczki, które ich ciało astralne sobie przyswoiło, zużyją się i będą mogli wówczas przejść do wyższej sfery czyśćca.

(…)

Żyjcie szlachetnie, czysto – nie możecie złożyć im większego hołdu ani wyświadczyć lepszej usługi. Im czystsze będzie wasze życie, im bardziej bezinteresowne i poświęcone wzniosłemu celowi, tym bardziej nadawać się będziecie do spełnienia waszego zadania w świecie niewidzialnym.

Nie poddawajcie się rozpaczy, nie mówcie, że życie wasze jest skończone, bo ich nie ma – przeciwnie, żyjcie tak, jakby oni tu byli, starając się wnieść do waszych zajęć codziennych ten sam zapał i dobrą wolę.

Tak, żyjcie szlachetnie i w spokoju – wtedy odnajdziecie drogie istoty i to nie tylko za bramą śmierci, ale jeszcze w wielu życiach ziemskich. Żyć będziecie razem, jak żyliście wielokrotnie dawniej. Czy sądzicie, że związki i głębokie uczucia, które was łączą z nimi, pochodzą jedynie z tego życia? Czyż nie czujecie, że wasza miłość trwa od dawna, od bardzo dawna? Czy nie zdaje się wam, że znaliście ich i kochaliście zawsze?

Reinkarnacja wyjaśnia nam wielkie uczucia pochłaniające nasze całe życie, a jednocześnie daje nam rozwiązanie problemu naszych nagłych niewytłumaczonych sympatii, gdyż odnawiamy często w życiu obecnym związki zawarte w naszych życiach dawnych. Czy można lepiej wytłumaczyć te raptowne sympatie, jakie czujemy dla niektórych dusz spotkanych na drodze życia, dusz, które zdaje się, znamy od wieków, a które były wczoraj jeszcze dla nas tutaj nieznane? Jak wytłumaczyć inaczej owe raptowne i trwałe przyjaźnie? A przede wszystkim to, co nazywamy miłością nagłą, spotkanie się dwóch dusz, które poprzez zasłonę ciał poznają się, by się połączyć, przyciągane ku sobie przeważnie siłą, której same zrozumieć nie mogą? „Ty jesteś tym, na którego czekałam”, mówi spojrzenie. „Ty jesteś tą, którą kochałem zawsze”, odpowiada drugie. Karma sprowadza ich ze sobą bądź po to, by ich połączyć, bądź po to, by dać im to szczęście tak pełne i wielkie, że wydaje się prawie nadziemskie, bądź po to, by ich rozłączyć na całą tę inkarnację, na skutek ich przeszłych czynów i, być może, jakiejś winy w miłości.

ISBN 13: 978-83-66388-45-1
EAN: 9788366388451

Informacje dodatkowe

Waga150 g
Wymiary14,5 × 20,5 cm
Autor

Aimée Blech

Książka

okładka miękka

Objętość

78 stron