Promocja!

Marie Corelli
Ardath
tom 1

Original price was: 59,00 zł.Current price is: 49,00 zł.

Powieść mistyczna z najwyższej półki

Czy miłość może przetrwać śmierć? Czy życie z poprzedniego wcielenia potrafi upomnieć się o swoje prawa w życiu obecnym? A może to, co nazywamy Duszą, jest tylko pięknym złudzeniem, którym oszukujemy się, by znieść świadomość własnej znikomości?

Theos Alwyn, młody angielski poeta, dawno przestał wierzyć w cokolwiek poza własnym talentem – a i ten talent zdaje się go teraz opuszczać. Uciekając przed śnieżycą na Przełęczy Dariel, trafia do samotnego klasztoru na Kaukazie, gdzie spotyka mnicha Heliobasa – niegdyś jasnowidza paryskich salonów, dziś pustelnika, którego spojrzenie i wielka moc zdają się pamiętać więcej niż jedno ludzkie życie. Zgorzkniały poeta żąda od niego jednego: chwili ucieczki od bólu istnienia. Heliobas ostrzega, że to, o co prosi, może okazać się czymś potężniejszym – i bardziej niebezpiecznym – niż zwykłe odurzenie.

Tej samej nocy Dusza Alwyna, wyzwolona z okowów ciała wbrew ostrzeżeniom mnicha, przemierza przestrzenie, o których jego rozum nigdy nie odważyłby się śnić. Budzi się odmieniony – z gotowym poematem u boku, choć nie pamięta, by go napisał, i z jednym imieniem na ustach: Edris. Istota, którą ujrzał – zbyt piękna, by należeć do tego świata – obiecała mu spotkanie w miejscu znanym jedynie z Księgi Ezdrasza: na Polu Ardath, w cieniu ruin Babilonu.

To jednak dopiero pierwszy krok na drodze, która okaże się znacznie dłuższa i dziwniejsza – jakby ścieżka wiodąca do Edris przechodziła nie tylko przez pustynię, ale i przez samą granicę między jednym życiem a drugim.

 

Kategoria:

Opis

Cytaty z książki Marie Corelli Ardath,  tom 1:

W głębi Kaukazu zbierała się gwałtowna burza. Posępne cienie opadały i gęstniały nad Przełęczą Dariel – tą straszliwą gardzielą, która niby cienka nić zdaje się wisieć, zachwiawszy się, między skutymi mrozem szczytami powyżej a czarną, bezdenną przepaścią poniżej. Chmury obszyte złowrogo sinozielonymi i białymi strzępami sunęły ciężko, lecz szybko nad postrzępionymi wierzchołkami, spoza których wyłaniała się potężnie ze mgły śnieżna korona Kazbeku – lodowato biała na tle mrocznego, grożącego nieba. Noc nadchodziła, choć gdzieś na zachodzie szeroka szrama szkarłatu – jakby rana w piersi nieba – znaczyła jeszcze miejsce, gdzie słońce zaszło godzinę temu. Co jakiś czas narastający wiatr zawodził płaczliwie wśród wysokich, upiornych sosen, które sękatymi korzeniami, wczepionymi w niechętną ziemię, uparcie czepiały się swych skalistych przyczółków; do jego żałosnego szumu mieszał się odległy, chrapliwy huk rwących potoków, a w długich odstępach słychać było przytłumiony łoskot lawiny ześlizgującej się skokami w dół.

(…)

– Cóż to za osobnicy? – rozmyślał. – Głupcy czy szarlatani? Jedno albo drugie, bo inaczej nie śpiewaliby hymnów pochwalnych na cześć Bóstwa, co do którego istnienia nie ma i nie może być żadnego dowodu. To albo zwykła ignorancja, albo obłuda – albo jedno i drugie razem. Ignorancji mogę wybaczyć, ale nie obłudzie; bo choćby prawda prowadziła do wyników jak najbardziej przygnębiających, tylko prawda zwycięża – jej zabójczy grom niszczy złudne piękno Wszechświata, ale co z tego?

(…)

– Przepraszam! – rzekł pospiesznie po angielsku. – Zdaje mi się, że się nie mylę. Pańskie imię jest, lub było, Heliobas? Zakonnik skinął piękną głową w lekkim, lecz wdzięcznym ukłonie i uśmiechnął się. – Nie zmieniłem go – odrzekł. – Jestem nadal Heliobas.

(…)

– Teraz, przyjacielu, jestem do usług! W czym Heliobas, który umarł dla świata, może służyć temu, dla kogo świat jest z pewnością jeszcze wszystkim?

(…)

– Świat! – powiedział powoli i z goryczą. – Myślisz, że mi na nim zależy? W takim razie już od samego początku naszej rozmowy zupełnie mnie nie rozumiesz, a twoja niegdyś sławna umiejętność Jasnowidzenia na nic się zdaje! Świat to dla mnie cmentarz pełen trupów strawionych przez robaki, a jego domniemany Stwórca, którego tak wychwalałeś dziś wieczór w swoich modlitwach, jest Grabarzem zakopującym i Ghoulem pożerającym własne nieszczęsne Stworzenie! Sam jestem jednym z torturowanych i umierających, a szukałem cię jedynie po to, abyś wciągnął mnie w chwilowe zapomnienie mojego losu i urągał mi mirażem życia, którego nie ma i nigdy nie będzie! Czym możesz mi służyć? Daj mi kilka godzin wytchnienia od nędzy – to wszystko, o co proszę!

(…)

Heliobas rzucił mu szybkie, badawcze spojrzenie, w połowie pełne litości, w połowie pogardy. – Haszysz albo opium powinno ci wystarczyć – powiedział krótko. – Nie znam innego sposobu, żeby choć na chwilę uciszyć wyrzuty sumienia. Alwyn poczerwieniał gwałtownie. – Sumienie! – zaczął z wyraźną urazą. – Tak, sumienie! – powtórzył Heliobas stanowczo. – Coś takiego istnieje. Czy masz czelność twierdzić, że jest ci całkowicie obce?

(…)

Alwyn patrzył na niego nieruchomo. – Wierzysz w Duszę? – zapytał. – Oczywiście! – Jako w odrębną Osobowość, która żyje nadal, kiedy ciało ginie? – Bez wątpienia. – I twierdzisz, że potrafisz ją na pewien czas uwolnić z jej śmiertelnego domostwa… – Nie twierdzę – przerwał spokojnie Heliobas. – Mogę to zrobić.

(…)

Alwyn wybuchnął szorstkim śmiechem. – No to zaczynaj! – zawołał z brawurowym gestem. – Natychmiast zacznij swoje inkantacje! Wyślij mnie stąd gdziekolwiek, byle tylko na chwilę wyrwać się z tej nory, jaką jest świat, z tego lochu z jednym małym oknem, przez które z charkotem śmierci w gardle gapimy się bezmyślnie na pozbawiony sensu ogrom Wszechświata! Udowodnij mi, że Dusza istnieje – na bogów! Udowodnij! A jeśli moja zdoła trafić prosto do sprężyny tego wirującego Stworzenia, uczepię się jego przeklętych kół i zatrzymam je, żeby już nigdy nie mieliły tortur Życia!

(…)

Używam słowa „geniusz” nierozważnie – choć w końcu sam geniusz nie jest niczym, czym warto się szczycić, skoro jest tylko morbidycznym i chorobliwym stanem zdolności intelektualnych; albo przynajmniej tak mi go przedstawił przyjaciel naukowiec, który widząc, że jestem nieszczęśliwy, zadał sobie wiele trudu, żeby uczynić mnie jeszcze bardziej nieszczęśliwym, jeśli to możliwe. Udowodnił – ku swojemu własnemu zadowoleniu, jeśli nie całkiem ku mojemu – że nienormalne ułożenie pewnych cząsteczek w mózgu tworzy ekscentryczność lub szczególną skłonność w jednym kierunku, którą z praktycznego punktu widzenia można by opisać jako inteligentną formę monomanii, ale którą większość ludzi woli nazywać „geniuszem”, i że z czysto naukowego punktu widzenia oczywiste jest, że poeci, malarze, muzycy, rzeźbiarze i wszelkie szeroko słynące „wielkie osobistości” świata powinny być zaklasyfikowane jako mózgi mniej lub bardziej dotknięte nienormalnym ułożeniem cząsteczek, co, ściśle mówiąc, równa się deformacji mózgu. Zapewnił mnie, że dla prawidłowo zrównoważonego, zdrowo zorganizowanego mózgu zwierzęcia ludzkiego geniusz jest niemożliwością – to dolegliwość tak nienaturalna jak rzadka. „I to jest zadziwiające, naprawdę zadziwiające” – dodał z zadowolonym uśmiechem – „że świat zawdzięcza całą swoją najpiękniejszą sztukę i literaturę zaledwie kilku odmianom choroby cząsteczkowej!”

(…)

– Ah! Teraz cię znam! – krzyknął w nagłym i niezwykłym podnieceniu. – Znam cię dobrze! Spotkaliśmy się już wcześniej! Czemu, po tym wszystkim, co zaszło, spotykamy się znowu? Tym osobliwym słowom towarzyszyła jeszcze osobliwsza przemiana twarzy – mroczna, ognista chwała zapłonęła w jego oczach, a w posępnej zadumie i wyrazie jego postawy było coś wielkiego, a zarazem przerażającego – groźnego, a przecież nadnaturalnie wzniosłego. Tak stał przez chwilę: majestatycznie posępny, jak jakiś wyniosły, pozbawiony korony cesarz stający przed swoim zdobywcą. Długie, toczące się grzmoty za oknem zdawały się przywoływać go do siebie. Przycisnął mocno dłonią powieki, jakby chciał zasłonić oczy przed jakąś przytłaczającą wizją. Po chwili znów podniósł głowę – zdezorientowany, prawie błagalny w wyrazie – a Heliobas widząc to, wstał i zbliżył się do niego. – Spokojnie! – powiedział cicho, ale z naciskiem. – Rozpoznaliśmy się nawzajem, ale takie rozpoznania na ziemi są krótkie i szybko zapomniane!

(…)

– Tej nocy, bez wiary, przygotowania ani modlitwy, jesteś gotów dać się rzucić przez przestworza jak ziarenko kurzu w wirującą burzę? Poza iskrzący wir niezliczonych gwiazd, przez smugi komet błyskające jak ostrza, przez ciemność, przez światło, przez głębiny najgłębszej ciszy, ponad wzniesieniami wibrującego dźwięku, ty, TY odważysz się błądzić po tych przepojonych Bogiem przestrzeniach! Ty, bluźnierca i wątpiący w Boga!

(…)

– Tak, ODWAŻĘ się! Jeśli jestem nieśmiertelny, wystawię swoją nieśmiertelność na próbę! Stanę przed Bogiem i znajdę tych aniołów, o których mówisz! Cóż mi stanie na przeszkodzie? – Znaleźć aniołów! – Heliobas mierzył go smutnym wzrokiem. – Nie! … Módl się raczej, żeby to one CIEBIE znalazły!

(…)

Wpatrywał się wprost przed siebie szeroko otwartymi, lśniącymi, żarliwymi oczyma. Czym, CZYM było to oślepiające coś w powietrzu, które błyskało i wirowało, i lśniło jak iskrzące koła złotego ognia? Usta mu się rozchyliły … wyciągnął ręce z niepewnym gestem niewidomego macającego drogę … O Boże! … Boże! … – wymamrotał, jakby ogarnięty nagłym osłupieniem, po czym ze stłumionym, urywanym krzykiem zatoczył się i nieprzytomny runął ciężko na podłogę!

(…)

Alwyn wyglądał według wszelkich pozorów na MARTWEGO – każdy lekarz by to potwierdził, choć nie byłoby żadnego dowodu na to, w jaki sposób nastąpiła śmierć. I w tym stanie … bez ruchu, bez oddechu … białego jak marmur, zimnego i bezwładnego jak kamień Heliobas go zostawił. Nie z obojętności, lecz z przekonania – przekonania dalece wykraczającego poza jakąkolwiek medycynę – że ta bezwładna glina w swoim czasie znowu powstanie do życia i ruchu; że szkatułka jest jedynie czasowo pozbawiona swojego klejnotu i że ów klejnot, Dusza Poety, przy nadludzkiej sile woli zdołała zerwać swe więzy i uciec gdzieś indziej. Ale dokąd? … W jakie rozległe krainy przejrzystego światła lub posępnego mroku? … Na to pytanie nawet mnich-mistyk, obdarzony potężnym duchowym wglądem w „rzeczy niewidzialne i wieczne”, nie znalazł satysfakcjonującej odpowiedzi.

(…)

Raz mruknął na głos: „ARDATH! Nie zapomnę! Spotkamy się w ARDATH!”, po czym znów podjął pracę. Strona za stroną pokrywała się gęstym pismem – nie słabym, niepewnym bazgrołem, lecz pewną, śmiałą, staranną kaligrafią – jego własnym, charakterystycznym pismem. Słońce wspinało się coraz wyżej na niebie… godzina za godziną mijała, a on pisał dalej, najwyraźniej nieświadomy upływu czasu. W południe dzwon, który nie odzywał się od wczesnego brzasku, zaczął szybko kołysać się w wieżyczce kaplicy. Głęboki bas organów tchnął na ciszę gromowy pomruk, a pszczele bzyczenie odległych głosów obwieściło słowa: Angelus Domine nuntiavit Mariae (Anioł Pański zwiastował Maryi). Na pierwszy dźwięk tego śpiewu zaklęcie krępujące umysł Alwyna pękło. Kreśląc gwałtowną linię pod tym, co napisał, zerwał się na nogi i upuścił pióro. – Heliobas! – krzyknął głośno. – Heliobas! GDZIE JEST POLE ARDATH?

(…)

– Ciemność! – mówił dalej przytłumionym głosem, wibrującym wspomnieniem minionego lęku – gęsta, straszna, przerażająca ciemność! Ciemność, która pulsowała ciężko rytmem niewidocznych istnień! Ciemność, która lepiła się i zamykała wokół mnie w zwartych, wilgotnych, namacalnych masach. Jej nacierający, nieodparty ciężar toczył się po mnie jak ogromny ocean bez fal. Pochłonięty przez nią, byłem wciągany w dół, w dół, w dół, ku jakiejś ukrytej, nieuchwytnej, lecz Wszechwładnej Agonii, której tępe, nieustające uderzenia czułem, a nie potrafiłem nazwać. „O BOŻE!”, zawołałem głośno, oddając się dzikiej rozpaczy, „O BOŻE! GDZIE JESTEŚ?”. Wtedy usłyszałem wielki szum, jakby silnego wiatru przebitego uderzeniami skrzydeł, i Głos, wspaniały i słodki jak złota trąba rozbrzmiewająca nagle w nocnej ciszy, odpowiedział: „TU!… I WSZĘDZIE!”.

(…)

Aż w końcu, lądując na gładkiej, pięknej murawie, gęsto porosłej pachnącymi kwiatami o dziwnej urodzie i delikatnych barwach, ujrzałem Ją!… I powitała mnie. – A kim – zapytał Heliobas przyciszonym, pełnym czci głosem – kim była ta Istota, która tak czaruje twoją pamięć? – Nie wiem! – odrzekł Alwyn z rozmarzonym uśmiechem rozkoszy na ustach i w oczach. – A jednak jej twarz… o, urzekające piękno tej twarzy!… nie była mi zupełnie obca. Czułem, że musiałem ją kochać i utracić wieki temu! Uwieńczona białymi kwiatami, odziana w szatę zdającą się być utkaną z letnich promieni księżyca, stała… uśmiechnięta Dziewicza Słodycz w raju radosnych widoków i dźwięków… ach! Ewa z blaskiem pierwszego świtu na czole nie była piękniejsza w sposób boski!… Wenus, wyłaniająca się ze srebrnej morskiej piany, nie była wspanialsza jak królowa! „PRZYPOMNĘ CI WSZYSTKO, CO ZAPOMNIAŁEŚ”, powiedziała, i rozumiałem jej łagodne, na wpół pełne wyrzutu słowa. „JESZCZE NIE JEST ZA PÓŹNO! WIELE STRACIŁEŚ I WIELE WYCIERPIAŁEŚ, I BŁĄDZIŁEŚ W CIEMNOŚCI, ALE MIMO WSZYSTKIEGO TEGO JESTEŚ MOIM UKOCHANYM OD TYCH WIELU TYSIĘCY DNI!”

(…)

„THEOS!… THEOS!”, zawołała, a namiętna kadencja jej głosu była jak śpiew słowika w samotnych lasach, „ZNOWU… ZNOWU MUSIMY SIĘ ROZSTAĆ!… ROZSTAĆ! O, MÓJ UKOCHANY!… MÓJ UKOCHANY! JAK DŁUGO BĘDZIESZ ODDZIELAŁ MNIE OD SWOJEJ DUSZY I POZOSTAWIAŁ SAMĄ I SMUTNĄ POŚRÓD RADOŚCI NIEBA?” Kiedy tak mówiła, przytłoczyło mnie poczucie całkowitego wstydu, straty i klęski … Przebity do głębi swojego jestestwa niewyjaśnionym, a jednak najdotkliwszym żalem, rzuciłem się do jej stóp w głębokiej uniżoności… chwyciłem jej lśniącą szatę… usiłowałem powiedzieć „Przebacz!”, ale byłem niemy jak przyznający się zdrajca w obecności skrzywdzonej królowej! Nagle powietrze wokół nas rozdarło się wielkim grzmotem przemieszanym z triumfalną muzyką – wyrwała pośpiesznie swą jedwabistą szatę z mojego uścisku i pochyliwszy się nade mną, gdy klęczałem, pocałowała moje czoło… „TWOJA DROGA JEST TAM”, szepnęła szybko i miękko, wskazując na panoramę zmiennych świateł i cieni, „MOJA WIEDZIE TAMTĘDY!”, i spojrzała w stronę kwiecistej alei. „SPIESZ SIĘ!… CZAS, BYŚ JUŻ STĄD ODSZEDŁ! WRÓĆ NA SWOJĄ GWIAZDĘ, ZANIM JEJ BRAMY ZAMKNĄ SIĘ NA ZAWSZE I ZOSTANIESZ WTRĄCONY W GŁĘBSZĄ CIEMNOŚĆ! SZUKAJ POLA ARDATH! NA ŻYCIE CHRYSTUSA, ZNAJDĘ CIĘ TAM! ŻEGNAJ!”

(…)

„Anioł Uriel przyszedł do mnie i rzekł: Idź na pole kwiatów, gdzie nie ma żadnej budowli, i jedz tylko kwiaty polne – nie jedz mięsa, nie pij wina, lecz jedz tylko kwiaty. I módl się nieustannie do Najwyższego, a wtedy przyjdę i będę z tobą rozmawiał. Poszedłem więc na pole zwane ARDATH…”

(…)

– Leżało i leży – ciągnął Heliobas. – Nie rozdruzgotało go żadne trzęsienie ziemi, nie zalało żadne morze i żadna budowla nie została na nim wzniesiona. Jest, jak było wtedy, pustym polem, leżącym jakieś sześć kilometrów na zachód od ruin Babilonu, i nic absolutnie nie stoi na przeszkodzie, byś tam pojechał, kiedy zechcesz.

(…)

I Anioł kazał mi wejść w pole bezludne, a pole było jałowe i suche, porośnięte jedynie ziołami, a imię tego pola brzmiało ARDATH. I błądziłem w nim przez godziny długiej nocy, i srebrne oczy pola otworzyły się przede mną, i zobaczyłem znaki i cuda. I usłyszałem głos wołający głośno: Ezdraszu, Ezdraszu. I wstałem, i stanąłem na nogi, i słuchałem, i nie odchodziłem, aż usłyszałem głos ponownie. Który rzekł do mnie: Patrz na pole, które uważałeś za jałowe – jak wielką chwałę odsłonił księżyc! I patrzyłem, i byłem wielce zdumiony: bo nie byłem już sobą, lecz kimś innym. I miecz śmierci tkwił w duszy tamtego innego, a jednak tamten inny był jedynie mną samym w cierpieniu; I nie znałem rzeczy niegdyś znajomych – i serce zamarło mi z trwogi. I głos zawołał głośno ponownie, mówiąc: Ukryj się przed niebezpieczeństwami przeszłości i niebezpieczeństwami przyszłości, bo wielka i straszna rzecz stała się nad tobą, wobec której twoja siła jest jak trzcina na wietrze, a myśli twe jak piasek w locie…

(…)

Postanowiwszy to bez wahania, napisał wyraźnie na górze pierwszej strony: „Nourhalma. Miłosna Legenda z Przeszłości”… a następnie przekartkowując do końca, napisał własne imię śmiałym zawijasem, potwierdzając tym swoje niepodważalne autorstwo dzieła, któremu nie tylko było przeznaczone stać się najsławniejszym poetyckim arcydziełem epoki, lecz miało też okazać się najbardziej zdumiewającym, złożonym i upokarzającym wydarzeniem, jakie kiedykolwiek podsunął mu los.

(…)

– Czy pragniesz błogosławieństwa, łagodny sceptyku? – zapytał miękkim głosem, który czule przeszył ciszę słabo oświetlonej kaplicy, a nie otrzymując odpowiedzi, położył jedną rękę delikatnie na ciemnych, gęstych lokach młodego człowieka, a drugą powoli przeżegnał gładkie, szerokie czoło. – Przyjmij je, synu mój!… Jedyne błogosławieństwo, jakie mogę ci dać – błogosławieństwo Krzyża Chrystusowego, który mimo twego odejścia wciąż ma do ciebie prawo, odkupi cię i jeszcze posiądzie cię na własność!

(…)

Powiedziałem sobie: Podczas snu nadajesz wizjom rzeczywistość i trwałość, a po przebudzeniu przekonujesz się, że były to tylko wizje. Jaką masz pewność, że wszystko, co czujesz i wiesz, rzeczywiście istnieje? Wszystko to jest prawdziwe w odniesieniu do twojego stanu w danej chwili – ale jest jednak możliwe, że pojawi się inny stan, który będzie wobec twojego stanu na jawie tym, czym twój stan na jawie jest teraz wobec twojego snu. TAKŻE W ODNIESIENIU DO TEGO WYŻSZEGO STANU TWOJE CZUWANIE JEST TYLKO SNEM.

(…)

Kiedy znalazł się pod gołym niebem, stanął jak wryty… zaskoczony dźwiękiem pełnych, świeżych, młodocianych głosów śpiewających czystym, harmonijnym unisono: KYRIE ELEISON! CHRISTE ELEISON! KYRIE ELEISON!

(…)

To było Pole Ardath… To nagie, nieatrakcyjne pustkowie bez jednego drzewa, które ozdobiłoby jego zarys! Z miejsca, gdzie stał, mógł ogarnąć wzrokiem cały jego obszar i kiedy spojrzał na tę kompletną ruinę, uśmiechnął się – tym bladym, na wpół gorzkim uśmiechem.

(…)

W tej samej chwili w nieruchomym powietrzu rozszedł się subtelny zapach… rozkosznie słodka woń, jak fiołków wymieszanych z mirtem. Wciągnął ten delikatny aromat ze zdumieniem i zakłopotaniem. – Kwiaty jednak! – zawołał. – A może jakieś aromatyczne ziele… – i pochylił się, żeby obejrzeć murawę u swoich stóp. Ze zdumieniem spostrzegł gęste skupisko białych kwiatków – gwiazdkowatych, z błyszczącymi listkami, o głęboko złotych środkach, w których iskrzyły się jasnymi brylantami krople rosy, skąd unosiły się kłębki zapachu jak kadzidło kołysane przed niewidzialnym ołtarzem! Patrzył na nie z wątpliwością, która była niemal lękiem… Czy były prawdziwe?… Czy to były właśnie „srebrne oczy”, w których Ezdrasz ujrzał „znaki i cuda”?… Czy też był beznadziejnie chory umysłowo na omamy i znowu śnił? Dotknął ich z wahaniem… Były żywymi istotami, o kremowych płatkach miękkich jak aksamit. Właśnie miał zerwać jeden z nich, gdy nagle jego uwagę przykuło coś w rodzaju bladego cienia sunącego przez równinę. Stłumiony okrzyk wyrwał mu się z ust… Zerwał się na równe nogi i wytężył wzrok, na pół z nadzieją, na pół z lękiem. Co to za smukła Postać kroczyła powoli, spokojnie, całkowicie sama w blasku księżyca?… Bez chwili zwłoki rzucił się ku niej z całą gwałtownością, nie bacząc, że idąc, depcze tysiące owych dziwnych, gwiazdkowatych kwiatów, które teraz, jakby w tej chwili wyrosły, pokrywały i bieliły każdy skrawek ziemi, wypełniając w ten sposób cudownie wypowiedziane niegdyś słowa: Oto pole, które uważałeś za jałowe; jak wielką chwałę odsłonił księżyc!

(…)

– Mam na imię Edris – odpowiedziała cichym, melodyjnym głosem, który niósł ku jego słuchowi sugestię czegoś słodkiego i znajomego. – Edris! – powtórzył. – Edris! – i wpatrzony w nią sennie, uniósł jej dłonie do ust i delikatnie je pocałował. – Moja najpiękniejsza Edris! Skąd przybyłaś? Spojrzała na niego z łagodnym wyrazem wyrzutu i zdumienia. – Z dalekiego, dalekiego kraju, Theos! Wzdrygnął się, kiedy tak się do niego zwróciła. – Z ziemi, gdzie żadna miłość się nie marnuje i żadna obietnica nie idzie w zapomnienie!

(…)

– Ach, zapomniałam!… – westchnęła głęboko. – To ten dziwny, smutny świat, gdzie Ciemność nazywana jest Światłem.

(…)

– Theos! Theos! – a jej głos rozległ się w nieruchomym powietrzu słodkim, melodyjnym, urywanym echem. – O, mój niewierny Ukochany, cóż mogę dla ciebie uczynić! Miłości niewidzialnej nie chcesz rozumieć; miłości objawionej nie chcesz uznać! Biada – moja podróż jest daremna… moje posłannictwo bez nadziei! Bo dopóki twoje niedowiarstwo opiera się mojemu błaganiu, jakże mogę prowadzić cię od niebezpieczeństwa ku bezpieczeństwu?… Jakże wypełnić przepaść między naszymi rozłączonymi Duszami?… Jakże wyprosić dla ciebie przebaczenie i błogosławieństwo Chrystusa Króla!

(…)

– Edris! – zawołał głośno, a dawny zachwyt zamienił się w agonię. – Edris!… Chodź do mnie! Ja nie mogę przyjść do ciebie! Co to jest, co nas rozdziela? – Śmierć! – odpowiedziała… a to uroczyste słowo zdawało się wolno bić przez nieruchome powietrze jak żałobny dzwon. Stał zdezorientowany i przerażony. Śmierć! Co przez to rozumiała? Cóż, w imię całej jej pięknej, delikatnej, tryskającej życiem młodości, miała wspólnego ze śmiercią? Wpatrując się w nią w niemym zdumieniu, widział, jak schyliła się i zerwała jeden kwiat z gęsto rosnących wokół niej kwiatów; przyłożyła go jak tarczę do piersi, gdzie lśnił jak wielki, biały klejnot, i patrzyła na niego łagodnymi, tęsknymi oczami pełnymi żałosnego pragnienia. – Śmierć leży między nami, mój Ukochany! – ciągnęła. – Jedna linia cienia… tylko jedna mała linia! Ale ty nie możesz jej przekroczyć, dopóki Bóg na to nie pozwoli – a ja… nie mogę! Bo ja nic nie wiem o śmierci… prócz tego, że jest ciężkim, pozbawionym snów snem, pisanym zbyt strudzonym śmiertelnikom, w którym zdobywają oni chwilowy odpoczynek między wieloma żywotami – żywotami, które niby powracające świty budzą ich na nowo do trudu. Ileż razy tak spałeś, mój Theos, i zapominałeś o mnie!

(…)

– Zrobię z ciebie królową, piękna Edris, tak jak poeci czynią zawsze królowe z kobiet, które kochają. Moja sława będzie koroną dla ciebie, koroną, na którą cały świat będzie patrzył z zazdrością!

(…)

– Sława! – powiedział głos… – Czy chcesz mnie, Theos, ukoronować tak nietrwałym diademem? Sparaliżowany i niemy uniósł swoje natężone, oślepione oczy. Czy to naprawdę była Edris? Ta świetlista postać, delikatna jak morska mgła przesycona słońcem? Wpatrywał się w nią jak umierający, który ostatni raz patrzy na twarz kogoś najbliższego… Widział, jak jej szare suknie zmieniają się w lśniącą biel… Wianek, który nosiła, błyszczał jak skropiony milionem kropelek rosy… Różowawa aureola promieniała ponad nią i wokół niej. Długie smugi purpury przeszyły niebo jak nitki ognia zwieszone z gwiazd i w tej pogłębiającej się chwale jej oblicze, bosko piękne, a zarazem głęboko smutne, wyrażało wzruszającą nadzieję i trwogę kogoś, kto składa ostatnie pożegnalne błaganie.

(…)

Boże!… Teraz ją rozpoznał!… Za późno, za późno ją rozpoznał!… Anioł z jego wizji stał przed nim!…

(…)

Wtedy jak biały gołąb lub delikatny motyl uniosła się w górę… zawisła nad kłaniającymi się kwiatami Ardath… a po chwili, wzlatując, zaczęła unosić się coraz wyżej… coraz wyżej! I jeszcze wyżej, spokojnie i z lotną swobodą, aż wchłonięta w chwałę tego cudownego, płonącego krzyża, którego rozpostarte ramiona zdawały się czekać, by ją przyjąć, popłynęła prosto w górę przez sam jego środek… i tak zniknęła!…

 

ISBN 13: 978-83-68363-48-7
EAN: 9788368363487

Informacje dodatkowe

Waga400 g
Wymiary14,5 × 20,5 cm
Autor

Marie Corelli

Książka

okładka miękka

Objętość

352 strony