Opis
Cytaty z książki Marie Corelli Ardath, tom 2:
– Nie jesteś z kamienia… jesteś człowiekiem… nie jesteś wolny od ludzkiego cierpienia… – Wolny nie! – wtrącił zamyślony Sah-Luma. – Ale… jeszcze naprawdę nie cierpiałem! – Jeszcze naprawdę nie cierpiałem!… – Theos opuścił trzymaną rękę i niewidzialna bariera zdawała się powoli wznosić między nim a jego pięknym towarzyszem. Jeszcze naprawdę nie cierpiał! Skoro nie zna bólu, nie jest przecież prawdziwym poetą! Jeśli nie umiał wczuć się duchowo w patos milczących żalów i nieuronionych łez, jeśli nie potrafił wchłonąć w swoje jestestwo modlitw i skarg całego Stworzenia i wypowiedzieć ich głośno w palącym i nieśmiertelnym języku, daremnie został wybrany, jego powołanie jest bezcelowe! Myśl ta ugodziła Theosa jak nagły cios i usiadł w milczeniu, przygnieciony ponurym uczuciem rozczarowania, któremu nie był w stanie nadać żadnego stosownego wyrazu. – Jeszcze naprawdę nie cierpiałem… – powtórzył powoli Sah-Luma. – Ale WYOBRAZIŁEM sobie cierpienie! To mi wystarcza! Namiętności, tortury i rozpacz wyobraźni są nieporównanie większe niż pozornie PRAWDZIWE, błahe dolegliwości, którymi ludzie codziennie sobie dokuczają. Ba, nieraz się zastanawiałem… – tu jego oczy nabrały poważniejszego, refleksyjnego wyrazu – czy to czynne działanie mózgu zwane „wyobraźnią” nie jest może szczególną fazą lub najwyższym wysiłkiem PAMIĘCI, i że w istocie nie tyle WYOBRAŻAMY sobie coś, ile przypominamy to sobie. Na przykład jeśli żyliśmy kiedyś wcześniej, to nasze obecne wspomnienia mogą w pewnych wzniosłych stanach ducha przywoływać cień i obrazy dawno minionych rzeczy… dobre lub złe czyny… sceny miłości i walki… eteryczne i boskie zdarzenia, w których być może każdy z nas odegrał swą rolę tak samo nieświadomie, jak odgrywa ją tutaj!…
(…)
– Zabij mnie, Sah-Lumo! – wykrztusił. – Zabij mnie, przyjacielu, którego kocham!… Śmierć z twoich rąk będzie łatwa! Odbierz mi ten smutny żywot… Lepiej tak, niż gdybym miał zabić CIEBIE tej nocy na rozkaz Lysii!
(…)
– Czuję, jak wzbiera we mnie żar… Przywołam Zabastesa… – tu pociągnął za jedwabny sznurek, który uruchomił brzęczący dzwonek roznoszący swój hałas po całym pałacu. – i swobodnie usłyszysz, i swobodnie osądzisz ostatni owoc mojego płodnego geniuszu: mój liryczny romans „Nourhalma”! Theos drgnął gwałtownie… Z najwyższym trudem powstrzymał pełen udręki okrzyk, który cisnął mu się na usta. „Nourhalma”! O, pamięci!… Powolna, oporna pamięci!… Dlaczego, dlaczego jego umysł dręczony był tymi sprzecznymi bólami żałosnych wspomnień! Po trochu, jak głębokie, ostre pchnięcia nerwowego cierpienia, wracały do niego blade, urywkowe przebłyski, które zaczęły się stopniowo układać w wyraźną i wszechogarniającą pewność… „Nourhalma” to tytuł JEGO WŁASNEGO POEMATU – poematu, który ON napisał, na pewno nie tak dawno temu, w górach Przełęczy Dariel!
(…)
Na co czekał z takim boleśnie napiętym skupieniem, to pierwszy wers poematu. Jeśli to był jego wers, znał go już!… Brzmiał: W samym sercu doskonałej radości mieszka smutek! Ledwie zdążył powtórzyć to w myślach, gdy Sah-Luma z majestatyczną gracją i słodyczą głosu podyktował: – W samym sercu doskonałej radości mieszka smutek! – O, Boże! Z drżących ust Theosa mimo wszystkich wysiłków, by opanować swoje wzburzenie, wyrwał się ostry, na wpół gniewny, na wpół zrozpaczony krzyk.
(…)
Rozważywszy wszystko z całą powagą, doszedł w końcu do głęboko upokarzającego wniosku, że to on musi być plagiatorem – nieświadomym naśladowcą idei i metod Sah-Lumy… a najgorsze było to, że jego naśladownictwo było aż nazbyt DOSŁOWNE!
(…)
O miasto wspaniałe ponad wszystkie miasta! Twoje marmurowe pałace są już opasane rzeką krwi! Świątynie twojej wiedzy, w których twoi uczeni trudzili się, by przewyższyć wszelką mądrość, zaczynają chylić się ku upadkowi. Zostaniesz zmiecione jak lekka garść popiołów, i cóż ci da cała twoja wiedza w tym krótkim i przerażającym końcu!
(…)
Jest on nieznanym, nienazwanym Odkupicielem Świata… Bogiem-Człowiekiem, Zbawicielem, który PRZYJDZIE. – PRZYJDZIE? – krzyknął Theos, ogarnięty gorączkowym uniesieniem, wymawiając każde słowo głośno, z mimowolną gwałtownością. – Nie! Bo On JUŻ PRZYSZEDŁ! UMARŁ ZA NAS I ZMARTWYCHWSTAŁ PRZED PONAD OSIEMNASTOMA WIEKAMI!
(…)
– Sah-Luma! … Sah-Luma! – przeszywający, pełen wyrzutu głos proroka przenikał każdy zakątek rozległego placu jak dźwięczny dzwon bijący nad nieruchomym krajobrazem. – O Boski Duchu Pieśni zamknięty w materii ciała, czy kiedykolwiek śmiertelnik był obdarzony tak jak ty! W tobie rozpalił się biały ogień Nieba, tobie zostały powierzone wspomnienia zaginionych światów… Dla ciebie Bóg kazał swojej Naturze przybrać tysiąc kształtów pełnych różnorodnych znaczeń. Słońce, księżyc i gwiazdy zostały twoimi sługami, bo urodziłeś się POETĄ, mistycznie wybranym Nauczycielem i Pocieszycielem Ludzkości!
(…)
– Słuchaj mnie, Sah-Lumo, Pierwszy Bardzie Al Kyris! Słuchaj mnie, ty, który z własnej woli roztrwoniłeś złote chwile nieodwracalnego czasu! JESTEŚ PRZEZNACZONY NA ŚMIERĆ! Śmierć nagłą i gwałtowną jak skok pustynnej pantery na ofiarę! … Śmierć, która przyjdzie do ciebie przez zdradliwe słowa złej kobiety, której piękno wypiło twą siłę i uczyniło twoją chwałę niechlubną! … Śmierć, która dla ciebie niestety będzie smutnym i zupełnym zapomnieniem! Na nic ci się zda, że twoje melodyjne słowa zostały wyryte siedmiokrotnie na płytach z kamienia i agatu, ze słoniowej kości, ze złota i białego krzemienia, z porfiru i niezłomnego różowego adamantu. Żadna z nich nie wystarczy, by zachować twoje imię w pamięci, bo to, czego nie można rozbić, zostanie stopione przez płomień, a to, czego nie można zetrzeć, zostanie pogrzebane głęboko w łonie ziemi, skąd nigdy więcej nie wynurzy się na światło dnia! Tak jest! Zostaniesz ZAPOMNIANY! Zapomniany, jakbyś nigdy nie śpiewał.
(…)
– Zephoranime, DZIŚ W NOCY UMRZESZ! CZY JESTEŚ GOTOWY? Czy jesteś gotowy, dumny Królu? … Gotowy stać się niższym niż najniższy z niskich?
(…)
– Patrz! Patrz! – zawołał. – Odłóż broń! … Już nigdy nie będziesz jej potrzebować tam, dokąd cię wzywają! … Patrz, jak krwistoczerwone litery płoną na tle błękitu nieba! … Tam! … Oto nadchodzi! Czytaj… czytaj! Wypisane jest wyraźnie: „AL KYRIS UPADNIE, A KRÓL UMRZE!”… Cicho… cicho! … Nieme wyrocznie mówią, a martwe głosy odnajdują język! … Słuchaj, jak razem śpiewają zapomniane ostrzeżenie: Gdy Arcykapłanka stanie się królewską kochanką, Al Kyris runie! Al Kyris upada! … Tak jest! … Miasto tysiąca pałaców upadnie dziś w nocy! … DZIŚ W NOCY! … O nocy rozpaczy i grozy! … A ty, o Królu, UMRZESZ!
(…)
Gdy nagle jakaś kobieta w tłumie wydała przeraźliwy krzyk i rzuciła się do ucieczki, zawodząc: – Obelisk! … Obelisk! Wszystkie oczy zwróciły się natychmiast ku dostojnemu słupowi z białego granitu, który iskrzył się w słońcu jak ogromny rzeźbiony klejnot… Wielkie Nieba! … Chwiał się on i kołysał jak niestabilny maszt okrętu na morzu!
(…)
Rozległa się straszliwa eksplozja, jak gdyby pękała gigantyczna bomba, a zaraz potem majestatyczny monolit zachwiał się i runął z łoskotem kolosalnej kanonady, która posłała swoje grzmocące echo wzdłuż i wszerz całego miasta!
(…)
Czy nie wiesz, że gdybym ułożył trzy strofy gorącej pieśni republikańskiej i puścił ją na usta ludu, ta pieśń strąciłaby Zephoranima z królewskiego tronu pewniej niż furia zbrojnego zdobywcy! Wierz mi, MY, poeci, rządzimy narodem… Jeden rym potrafi nieraz zabić króla!
(…)
Nie obwiniaj mnie, o mój Ukochany Panie, że opuściłam Twą najdroższą osobę tak nagle i na zawsze, nie zatrzymując się, by nużyć Cię mymi zbyt tkliwymi i głupimi łzami oraz pożegnalnymi pocałunkami! Zawdzięczam Ci dar wolności, i gdy Ci za ten dar dziękuję, używam go teraz, by służył mi jako ofiara złożona Miłości – jako unicestwienie siebie na ołtarzu mojego własnego pragnienia! Wiesz bowiem, że kochałam Cię, o Sah-Lumo, nie za mocno, lecz bez rozumu, bo kimże jestem, byś miał schylać się ku mnie i okrywać mą niegodność królewską purpurą swej poetyckiej namiętności?… Czym mogłam być zawsze, jeśli nie ubogą, drżącą czcicielką-niewolnicą, której czułość musiała Cię nieuchronnie znużyć! A jednak nie mogę uśmierzyć tego głodu serca – tej miłości, która bardziej kole niż koi – i z samego szaleństwa mych gorących myśli nauczyłam się wielu dziwnych rzeczy: rzeczy, dzięki którym ja, kobieta słaba i nieuczona, chwyciłam mgliste przeczucie nadchodzących zdarzeń – zdarzeń, w których dostrzegam dla Ciebie, Najznakomitszego między ludźmi, jakieś mroczne i groźne nieszczęście. Dlatego modliłam się do Najwyższych Bogów, by zechcieli przyjąć mnie jako Twoją zakładniczkę wobec nieszczęścia i postawić mnie jako przegrodę między Twoim życiem a rodzącym się niebezpieczeństwem, abym ja, od dawna bezużyteczna, mogła choć przez chwilę odwrócić zagładę od Ciebie, który nie masz sobie równych na świecie! Idę więc samotnie, by stawić czoła gniewowi Nieśmiertelnych i go uśmierzyć. Nie wołaj mnie z powrotem ani nie płacz po moim odejściu… Nie będziesz tęsknił za mną długo! Umrzeć za Ciebie, Sah-Lumo, jest lepiej niż żyć dla Ciebie, bo żyjąc, musiałabym ulec memu grzechowi miłości i stracić tak siebie, jak i Ciebie. Lecz w cichym Potem po śmierci żadna namiętność nie będzie miała mocy, by zmącić spokojne, cierpliwe czekanie mojej Duszy na Twoją! Żegnaj, najgłębsze serce mojego słabego serca!… Jedyne życie mego kruchego życia!… Myśl o mnie niekiedy, jeśli chcesz, ale tylko jak o kwiecie, który zerwałeś kiedyś w jakiejś minionej, na wpół zapomnianej wiośnie, jak o kwiecie, który więdnąc powoli, błogosławił drogą dłoń, w której ciepłym uścisku umarł! NIPHRATA
(…)
– Dla miłości może umrzeć! – rzekł Theos. Sah-Luma uśmiechnął się. – Nie, przyjacielu!… Dla miłości będzie żyć!
(…)
Żadne absolutnie nadludzkie przymioty nie są potrzebne charakterowi pożytecznego bóstwa, gdyż żaden człowiek nie zdołał i nie zdoła pojąć wartości nadludzkich cech. Człowieczeństwo zdolne jest jedynie oddawać cześć Samemu Sobie, dlatego konieczne jest, by gdy nakłaniamy ludzi do oddawania czci wybranemu Bóstwu, zapewniać ich w ich własnych umysłach o tym, że składają hołd Obrazowi Siebie umieszczonemu przed nimi w ubóstwionej lub heroicznej postaci. To zaspokaja naturalne bałwochwalcze pragnienia Egoizmu i to wszystko, czego pragną kapłani i nauczyciele. W kulcie Nagayi mamy naturę mężczyzny i kobiety złączoną w jedno… Wąż jest symbolem męskiej mądrości połączonej z kobiecą przebiegłością, a te dwie esencje, zlane w jedną, stanowią najbliższy wyobrażalny obraz pozytywnej Boskości, jaki ziemski umysł może stworzyć na ziemi.
(…)
– Khosrul był takim człowiekiem! – wtrącił nagle Theos. – E tam, Khosrul był szalony! – odparł Sah-Luma. – Czy wszyscy, którzy mówią prawdę, nie uchodzą za szaleńców? – zapytał łagodnie Theos.
(…)
– Kim jestem? – mruknął smutno, a głos mu zadrżał. – Czcigodny kapłanie, jestem nikim! … Wielkie jest cierpienie ludzi, którzy stracili majątek, dom, przyjaciół… ale ja… ja straciłem Siebie! Gdybym był czymkolwiek… gdybym kiedykolwiek mógł być czymkolwiek, modliłbym się, by zostać przyjęty jako sługa Krzyża… sługa tej odległej, nieznanej Wiary, której trzyma się mój zmęczony Duch!
(…)
– Żyłbym teraz inaczej! – odpowiedział Sah-Luma spokojnie, patrząc towarzyszowi prosto w oczy, podczas gdy poważny uśmiech raczej zacieniał niż rozjaśniał jego twarz. – Zacząłbym od razu… żeby gdy nadejdzie nowa Przyszłość, nie prześladowało mnie i nie dręczyło wspomnienie źle przeżytej Przeszłości! Bo jeśli w ogóle mamy wierzyć w cokolwiek wiecznego, nie możemy uchylić się od fatalnej wieczności Pamięci!
(…)
JESTEM PRZESZŁOŚCIĄ, TERAŹNIEJSZOŚCIĄ, PRZYSZŁOŚCIĄ, TYM-CO-MOGŁO-BYĆ I TYM-CZEGO-NIE-BĘDZIE, ZAWSZE I NIGDY. ŻADEN ŚMIERTELNIK NIE ZNA MEGO IMIENIA.
(…)
Zasłona znów drgnęła i tym razem nadęła się jak żagiel złapany przez nagły podmuch wiatru, po czym zaczęła rozchylać się w środku, bardzo wolno i bezszelestnie. Coraz bardziej cofała się po obu stronach, aż… niczym lilia odsłonięta między rozchylonymi liśćmi, rozbłysła biała, cudowna, anielsko piękna postać, centralny klejnot wspaniałego sanktuarium. Ogromne, rzeźbione kolumny, groteskowe bożki, ozdoby z brązu i złota, wysadzane klejnotami lampy i olśniewające hafty służyły jedynie jako neutralne tło, które jeszcze bardziej podkreślało posągowy wdzięk odsłoniętej piękności. O, Lysio, POHAŃBIONA Kapłanko Słońca i Nagayi, jak wspaniale przyodziana jesteś w grzech!… O, wyjątkowa Słodyczy, której kresem musi być zagłada! Czy istniała kiedykolwiek piękniejsza kobieta niż ty?!… O, miłości, miłości, zagubiona w martwej Przeszłości i utopiona w otchłannej ciemności zła! Czy znów wleczesz moją Duszę za sobą w wieczną noc?!
(…)
Jej blada, czysta twarz, oprawiona w lśniącą aureolę kędzierzawych, jasnych włosów, uniosła się przed oszołomionymi oczami Theosa jak wizja widziana niewyraźnie w magicznym krysztale i przez chwilę nie był pewien, kto to jest. Lecz padło na nią błyskawicznie spojrzenie Sah-Lumy i z okrzykiem grozy, który rozesłał żałosne echo przez sklepienie Świątyni, zerwał się on z miejsca, wyciągając ramiona, a całe jego ciało zadrgało w konwulsjach. – Niphrata!… Niphrata!… – jego donośnym głosem wstrząsnął wybuch błagalnej namiętności. – O bogowie!… Co za szalone, ślepe, mordercze okrucieństwo! Zephoranimie! – zwrócił się gwałtownie ku osłupiałemu monarsze. – Na twoje życie, ukoronowany Królu, powiadam, że ta dziewczyna jest MOJA!… I w samej obecności Nagayi przysięgam, że ona NIE UMRZE!
(…)
– Tego, kogo kocham, tu nie ma! – rzekła zmęczonym, łagodnym głosem. – Opuściłam go, ale podążył za mną; i teraz czeka na mnie… tam! – odwróciła się zdecydowanie ku Sanktuarium, jakby przymuszała ją do tego jakaś potężna, hipnotyczna siła. – Czy nie widzicie, jaki jest piękny?…
(…)
– MIŁOŚĆ! – odparła Niphrata głosem przeszywającej i uroczystej czułości. – MIŁOŚĆ, Wieczna Całość, w której ciemne rzeczy stają się jasne! Miłość, której służenie nigdy nie jest daremne!… MIŁOŚĆ, w której zagubione szczęście jest odnajdywane i doskonalone!… O, BOSKA MIŁOŚCI, przez którą namiętność mego serca jest uświęcona! Pochłoń mnie w nieugaszonej chwale swej Nieśmiertelności!… Przyciągnij mnie do Siebie i pozwól mi znaleźć w Tobie Dopełnienie mojej Duszy!
(…)
Wraz z ostatnim słowem przez całą Świątynię zagrzmiał ciężko ponury dzwon… i naraz… jak szalony ptak lub motyl lecący wprost w oślepiający płomień… Niphrata bez wahania rzuciła się naprzód, z szybką, przerażającą precyzją wprost na nóż wyciągnięty przez niedrżące, bezlitosne dłonie kapłana Zela! Jedna sekunda i Theos, zdrętwiały z grozy, widział, jak pędzi… W następnej całą przestrzeń pochłonęła gęsta ciemność.
(…)
W mgnieniu oka… w chwili czarnego, straszliwego zaćmienia, zbyt krótkiej nawet na słowo czy okrzyk… – w ogłuszającym łoskocie, jakby pękały ogromne skały i rozrywały się potężne góry – mroczna ciemność rozpadła się, rozerwała, pochłonięta i zmieciona ze wszystkich stron przez nagłe wybuchy ognia! Ogień zaczął buchać żywym płomieniem w dwudziestu różnych miejscach budynku, strzelając w górę spiralnymi językami z marmurowej posadzki, która z trzaskiem rozstępowała się, by dać niecierpliwym płomieniom swobodne ujście. Wspinał się on zwinnie po ogromnych, rzeźbionych kolumnach i biegł, wesoło trzaskając, wśród malowanych i ozdobionych klejnotami dekoracji kopuły. Ogień owijał się wokół bocznych ołtarzy i jednym tchem kurczył wysadzane kamieniami bożki, zrywał wiszące lampy, girlandy, wspaniałe draperie z jedwabiu i tkaniny ze złotą nicią… Ogień. Ogień wszędzie!
(…)
– Wyznać ci moją miłość! – powiedziała przenikliwym głosem. – Ty samochwale! Niechaj bogowie, którzy rozpalili dla nas ten ognisty koniec, zaświadczą o mojej nienawiści! Nienawidzę cię!… Tak, właśnie CIEBIE! – wskazała na niego drwiąco, gdy cofnął się od niej z oczami szeroko otwartymi z bólu i zdumienia. – Żadnego mężczyzny nigdy nie kochałam, ale ciebie nienawidziłam najbardziej ze wszystkich! Wszystkimi mężczyznami gardziłam za ich głupotę, chciwość i próżną chwałę. Walczyłam z nimi ich własną bronią: chciwością, przebiegłością, okrucieństwem i fałszem, lecz TY znalazłeś się jeszcze poniżej MOJEJ pogardy! Prawie nie warty byłeś zachodu; tak łatwo szedłeś w pułapkę!… Twoje namiętności były czczą rozrywką, zapalały się od jednego spojrzenia! Poeto i Krzywoprzysięzco… Bardzie i Obłudniku! Ty, dla którego Geniusz Poezji był jak perła wsadzona w ryj świni!…
(…)
Ratuj mnie, a ze mną ratuj miasto i lud! ZABIJ SAH-LUMĘ! O, barbarzyńskie, nieubłagane słowa! Brzmiały jak niszczycielski dzwon pogrzebowy w uszach zdezorientowanego, przerażonego Theosa i wyrwały go z jego sztywnego transu niemego cierpienia. Wydając nieartykułowany, głuchy jęk, z całej siły rzucił się naprzód, by być żywą tarczą dla uwielbianego przyjaciela, by odwrócić grożący mu cios! Za późno! Za późno!… Sztylet Zephoranima błysnął w powietrzu i szybko opadł… Jeden urwany krzyk… i Sah-Luma padł twarzą na ziemię – piękny jak zabity Adonis… Obfita, czerwona krew lała się z jego serca, a blady, surowy uśmiech zastygł na dumnych wargach, których słodki, śpiewny głos umilkł teraz na zawsze.
(…)
O, zgrozo, o, grozo! Dreszcz przebiegł przez jego ciało, krew zdawała się zamieniać w lód w żyłach, głowa zakręciła się zawrotnie… i pomyślał, że nadeszła chwila jego własnej śmierci, bo przecież żaden człowiek nie mógł oglądać tego, co on widział, i nadal żyć! Lysia, zdobywczyni, sama stała się w końcu zdobyczą! Związana, bezsilna, uwięziona i bez nadziei skazana… Nagaya upomniał się o swoje!
(…)
Gdzie tylko sięgał jego wzrok – na wschód, zachód, północ i południe – całe miasto Al-Kyris stało w płomieniach, a płonące Sanktuarium Nagayi stanowiło zaledwie iskrę w ogromnej rozległości powszechnego pożaru!
(…)
Bo oczy martwego Sah-Lumy przyjmowały kształt jego własnych oczu! … Twarz martwego Sah-Lumy uśmiechała się do niego niczym duch w obrazie jego własnej twarzy! … Było tak, jakby ujrzał swój portret – zabity i odbity w zwierciadle maga!
(…)
Nagle siły go opuściły, nerwy zdały się rwać jak naprężone do granic struny harfy, w uszach rozległo się nagłe, srebrzyste bicie dzwonów, a wraz z nim dźwięk licznych, miękkich, cichych głosów śpiewających Kyrie Eleison! Kyrie Eleison! Cicho! … Co to było? … Co to znaczyło? … Zatrzymując się nagle, rzucił wokół siebie gorączkowe spojrzenie, ku niebu, gdzie buchające płomienie rozciągały się w splątanych smugach i sieciach światła, potem wprost przed siebie, na miasto Al-Kyris, teraz cudowną wizję czerwono świecących kolumn i kopuł, z mokrym blaskiem rzeki obejmującej jego płonące ulice i wieże. I gdy jeszcze na nie patrzył, oto zaczęło COFAĆ się Z JEGO POLA WIDZENIA! Dalej… dalej, coraz dalej, aż zdało się niczym więcej niż przesuwającą się i tlącą ciężką chmurą po zachodzie słońca! Słuchaj, słuchaj znowu! … Kyrie Eleison! … Kyrie Eleison! Z uczuciem oszałamiającego zachwytu i lęku słuchał, rozumiał! … Odnalazł IMIĘ, o którym tak dawno zapomniał! – CHRYSTE, zmiłuj się nade mną! – zawołał i w tym jednym pilnym błaganiu wyraził całą stłumioną udrękę swojej duszy! Ślepy i ogłuszony gorączkowym wirem własnych emocji, potknął się i upadł! … Upadł ciężko na kamienny blok i ogłuszony uderzeniem stracił przytomność, lecz tylko na chwilę. Tępy ból w skroniach przywołał go do siebie i czyniąc słaby wysiłek, by wstać, obrócił się powoli i ospale na ramię, po czym z długim, głębokim, drżącym westchnieniem… OBUDZIŁ się! Był na Polu Ardath. Właśnie świtało. Wschód był jedną rozległą, migoczącą płaszczyzną ciepłego złota, a nad nim leżały pasy błękitu i szarości niczym strzępy porwanych chorągwi bojowych. Nad nim migotała jutrzenka, biała i błyszcząca niczym srebrna lampa, wśród delikatnych, rozlewających się barw szafranu i zieleni, a obok niego, z czystymi, spokojnymi rysami rozjaśnionymi różowym blaskiem nieba, ze złożonymi na piersi dłońmi i słodkimi oczami pełnymi nieskończonej czułości i tęsknoty, klęczała EDRIS!
(…)
– Niczego się nie bój, mój ukochany! – odpowiedziała, a jej srebrzysty głos posłał przez powietrze dreszcz świętego triumfu. – Niech nie dręczy cię żaden niepokój, a żaden cień wątpliwości nie przesłania blasku chwili twego przebudzenia! Przez jedną noc spałeś na Polu Ardath, w Dolinie Wizji, lecz oto Noc minęła! – wskazała na wschodni horyzont, który rozlewał się teraz falami różowego złota. – Wstań i ujrzyj świt swego nowego Dnia!






