Annie Besant
Wewnętrzni Władcy świata
Biała Loża
i jej Wysłannicy

29,00 

Wewnętrzni Władcy świata – autorka opisuje Istoty sprawujące rządy nad naszym układem słonecznym, jak i nad naszą planetą. Dzielą się one na trzy grupy – Władców, których charakteryzuje wola, Nauczycieli posiadających mądrość oraz Siły cechujące się aktywnością. Poznajemy zatem moce, które nami władają, nauczycieli działających w naszym świecie, prawdziwy Wewnętrzny Rząd tego świata, moc, mądrość i aktywność manifestujące się we Wielkiej Hierarchii. Jest Ona odpowiedzialna między innymi za ewolucję wielkich ras ludzkości, czyli za przebywające obecnie na naszej planecie rasy – trzecią, czwartą i piątą. Hierarchia sprawuje również kontrolę nad rozwojem wielkich cywilizacji, w przeszłości – Lemurii, Atlantydy i innych, jak również nad cywilizacją obecną.

SKU: 1015234 Kategoria:

Opis

Biała Loża i jej Wysłannicy – wiele milionów lat temu z Wenus na naszą planetę przybyły Świetliste Istoty, Synowie Ognia, Władcy Płomienia, które utworzyły trzon tzw. Białej Loży, Hierarchii Mistrzów. Osiedlili się tutaj w świętym mieście Szambala, a przybyli jako pomocnicy dla naszej raczkującej ludzkości, by pokierować jej niezdarnymi krokami na drodze ewolucji. Zadziwiona i przepełniona czcią ludzkość nadawała tym Istotom na przestrzeni wieków różne imiona, by wyrazić cudowność ich istnienia. Światło pochodzące od Owych Wielkich po najprzeróżniejszych ścieżkach przekazywane było cywilizacja po cywilizacji, aż do czasów obecnych.

Cytaty z książki:

Pośród legend i opowieści zawartych w świętych księgach odnajdziemy jedyną odpowiedź na tak często zadawane pytania, które tak rzadko ją uzyskują: „Dlaczego Bóg emanował z siebie albo stworzył świat?”. Odpowiedź brzmi: „Ponieważ Najwyższa miłość, Bóg, pragnął być kochany”, a jako że istnienia, które z niego emanowały były częścią Jego życia, poprzez tę jedność początku, otrzymał On miłość od tego, z którego te inteligentne istoty emanowały. Jest to tylko jedna z wielu odpowiedzi, piękna i poetycka, wyrażająca głęboką prawdę, że w aktywności Bóstwa przejawia się Jego wielka miłość. Wszystkie wielkie religie świata rozpoznają tę aktywność, moc i mądrość jako cechy Najwyższego Pana wszechświata; niektóre jednak wolą nazywać aktywność miłością, której najwyższym wyrazem z naszego punktu widzenia jest akt stworzenia. W tych religiach trzy aspekty nazywane są mocą, mądrością i miłością. W innych religiach, na przykład greckiej, jedną z trzech wielkich właściwości Bóstwa jest piękno, nie miłość. Grecy najbardziej kochali piękno, dlatego ustanowili je właściwością Boską. Im głębiej nauka poznaje niezliczone byty będące ucieleśnieniem Boskiej miłości w naszym świecie, tym bardziej się przekonuje, że ich niezmienną cechą rozpoznawczą jest piękno.

(…)

Dysponujemy dziś metodami obserwacji rzeczywistości niedostępnej ludzkim okiem. Możemy posłużyć się mikroskopem, by zbadać najdrobniejsze organizmy. Im większa moc mikroskopu, tym bardziej zachwycające jawią nam się szczegóły przejawiającego się piękna. Tak więc w tych niewidzialnych przedmiotach, dostępnych ludzkiemu oku jedynie w powiększeniu, odkryjecie piękne formy na powierzchni ciała, żywe istoty o sylwetkach cudownie wygiętych, załamujących się pod kątem, biegnących wzdłuż doskonale, delikatnie zarysowanych linii, odkryjecie tę doskonałość, o której Grecy mówią, że to „Bóg przejawiający się jako piękno”. To wszystko, co przejawia się w Jego wszechświecie, potwierdza więc pradawną grecką ideę. Oczywiście nie wolno nam zapominać o wielkim buncie nowoczesnej myśli chrześcijańskiej wobec greckiego uwielbienia dla piękna wszechświata, piękna ludzkiego ciała, stanowiącego dla starożytnych tak ważne źródło inspiracji. Zgodnie z ideą chrześcijańską, piękno jest tym, co oddala człowieka od Boga, i w żadnym razie nie jest przejawem Jego najgłębszej natury. Wiemy, że purytanie w Kościele protestanckim odrzucają wszelkie piękno jako pokusę, zamiast zaakceptować je jako przejaw najwyższego piękna. To nowe przekonanie spowodowało, że ludzie utracili dostęp do tego aspektu Boskości, charakteryzującego wszystkie działania Najwyższego.

(…)

Lemuria obejmowała cały Pacyfik i kończyła się w dzisiejszej Australii, przed Biegunem Południowym. Australia i Nowa Zelandia przynależały kiedyś do tego pradawnego kontynentu, który uległ zniszczeniu na skutek trzęsienia ziemi, pożarów i powodzi. Stopniowo obumierała również trzecia rasa, choć wciąż jeszcze żyją na ziemi jej ostatni przedstawiciele. Po zniszczeniu Lemurii powstał na zachodnie nowy kontynent, w rejonie zalanym dziś przez Atlantyk. Nazywany jest Atlantydą. Zbudowano tam wielkie miasto, stolicę potężnego imperium. Chińska księga Classic of Purity (Klasyczna czystość) wzmiankuje o nim jako o Mieście Złotej Bramy. Stanowiło ono ośrodek władzy i tam właśnie ukształtowało się atlantydzkie imperium Tolteków. Ich wpływy sięgały aż do Afryki Północnej, do starożytnego Egiptu. W kierunku zachodnim zajmowało obszar dzisiejszego Meksyku. Rdzenne ludy obu Ameryk pochodzą właśnie od tej pradawnej rasy. Opis zatopienia tego kontynentu odnajdziecie w pismach Platona. Wspomina on o istnieniu wielkiej cywilizacji zajmującej ostatni skrawek kontynentu Atlantydy. Badania głębin Atlantyku pozwoliły odkryć na jego dnie doliny i szczyty wzgórz. Najwyższe z nich wciąż jeszcze utrzymują się na powierzchni wody jako wyspy, m.in. Wyspy Kanaryjskie. Podobnie obszar dzisiejszego Pacyfiku upstrzony jest wyspami stanowiącymi niegdyś część kontynentu Lemurii. Są to Jawa, Indie Wschodnie, Wyspy Korzenne itd. Atlantydę zamieszkiwali przedstawiciele czwartej rasy. Niezliczona ich liczba zginęła na skutek wielkiego kataklizmu i zatonęła. Pozostała jednak jedna część w Azji. Na północ od Himalajów wielki obszar ziemi uformował część starożytnej Atlantydy. Mieści się tam święte, niezniszczalne miasto Szambala.

(…)

Cały niepokój i chaos dzisiejszego świata świadczą o tym, że doświadczamy czasu przejścia. Jedna cywilizacja zbiera się do odejścia, a druga wkrótce się urodzi. Jej los spoczywa w waszych rękach, tutaj, w sercu świata, na macierzystej ziemi wielkiej rasy aryjskiej, której dzieci rozproszyły się po całym świecie. To wy zdecydujecie, czy ewolucja pójdzie naprzód i w górę, czy cofnie się w nadchodzących stuleciach. Wielkie dzieło nie może zostać powstrzymane. Ewolucja ludzkości musi postępować. Może jednak nieść ze sobą zniszczenie tego, co już istnieje, i zaczynać się ponownie, od początku cywilizacji. Może też, a byłoby to po raz pierwszy w historii naszych ras, podjąć stopniowe przejście do wyższego i szlachetniejszego stanu, jeśli Synowie Ognia odniosą pełne zwycięstwo nad Braćmi Cienia.

(…)

Wielka naukowa i tajemna mądrość Egiptu pochodziła od Tego, kto był Tothem, Posłańcem, albo greckim Hermesem. W późniejszym czasie pojawił on się w Persji jako Zaratustra, w wersji angielskiej Zoroaster, założyciel wspaniałej religii zoroastriańskiej, religii ognia. Interesujące, że niedawno pewien Pars z Bombaju, historyk studiujący dzieje tej pradawnej religii oraz wspólnoty, jaka się wokół niej utworzyła, doszukał się jej początków jakieś dwadzieścia tysięcy lat przed erą chrześcijaństwa. Jego odkrycie potwierdzają Kroniki Wiedzy Tajemnej znane naszym uczniom.

Kolejnym ucieleśnieniem Vyasi był grecki Orfeusz, twórca misteriów orfickich, podczas których ujawniano ostatnie z wielkich tajemnic. Tajemnice niezmiennie wiążą się z postacią Jagatguru. Skoro daje ludziom religię, napełnia ją ukrytym życiem wewnętrznym, jego życiem, dzięki której religia nie traci łączności ze światem niewidzialnym, który – przynajmniej u początków jej istnienia – stanowił jej serce i siłę. Orfejskie wcielenie Jagatguru było ostatnim, zanim urodził się on w Indiach, by dopełnić swoją wielką misję na ziemi. Wiecie, że był wówczas księciem Siddharthą, który stał się Gautamą Buddą. Po tym, jak doznał oświecenia pod drzewem Gaya, nauczał przez czterdzieści lat w całych Indiach, wypełniając wielkie dzieło Buddy, obracając, jak mówią Hindusi, kołem prawa, głosząc cztery szlachetne prawdy, ucząc o szlachetnej ośmiorakiej ścieżce i trzech klejnotach. Co ciekawe, ta religia nie była skierowana głównie do mieszkańców ojczyzny Gautamy. Indie nie potrzebowały nowego wyznania, wydaje się więc, że miała zawędrować do innych narodów, którym obca pozostała metafizyka i filozofia hinduizmu przemawiająca do umysłów wysoce subtelnych, właściwych pierwszej podrasie albo grupie rdzennej Arian.

(…)

Gdybyście mogli spojrzeć w przeszłość głębszą od tej, którą znamy z historii, zanurzyć się we mgle legend i mitów, i dalej jeszcze w mrok, w którym nie było nawet legend i mitów, w odległą noc czasu, do początków istnienia ludzkości na naszej planecie, ujrzelibyście złoty obłok spadający na ziemię z dalekiej planety – planety, którą znacie jako Shukra, a którą na Zachodzie nazywamy Wenus. Z tej planety wirującej w kosmosie płynie promienisty obłok, chmura ognia i światła. Obłok opada przez kolejne warstwy atmosfery, rozpraszają się przed nim chmury, aż wreszcie ten płomienny obłok opada miękko na ziemię niczym jakoś wielki niebiański ptak, osiada na wyspie – Białej Wyspie, jak ją nazywają Purana – na której później zbudowano święte miasto Szambala. To tam spoczął płomienny obłok. Z jego wnętrza wyłoniły się świetliste istoty, które przybyły tu w obłoku jak w rydwanie. Są to Synowie Ognia, Władcy Płomienia. Przybyli na tę planetę jako Wysłannicy Logosu, samego Iszwary. Przybyli jako pomocnicy naszej raczkującej ludzkości, by pokierować jej niezdarnymi krokami drogą ewolucji.

(…)

Zadziwiona i przepełniona czcią ludzkość nadawała różne imiona tym istotom tworzącym trzon Białej Loży, by wyrazić cudowność ich istnienia. Pieśni Purana nazywają je Czterema Kumara, Czystymi Młodzieńcami; czasem napotykamy wzmianki o Sziwa Kumara, choć imiona nie mają tu znaczenia, są to bowiem istoty niedające się opisać ludzkim językiem. Z tych odległych czasów, mniej więcej szesnastu milionów lat temu, przybyły, by zamieszkać na Białej Wyspie, stanowiącej dzisiaj część pustyni Gobi, wyspy obmywanej kiedyś przez wielkie morze rozciągające się na północy i przechodzące w Ocean Arktyczny. To morze pochłonęła ziemia w wielkich konwulsjach, zmieniając także morze afrykańskie w pustynię Saharę i dalej, pustynię Gobi; ale pośród tych nieprzebranych piasków odnajdujemy pozostałości architektury cyklopowej wzniesionej pięćdziesiąt tysięcy lat temu i wcześniej, ruiny jej świątyń, które dziś jeszcze budzą podziw. W pobliżu stało miasto zasypane dzisiaj piaskiem, połączone z wyspą wspaniałym mostem rozpiętym nad wodami, które dawno już pochłonęła pustynia.

(…)

Ponieważ byli to założyciele Wielkiej Loży, opisano ich w kronikach wiedzy tajemnej jako korzeń rozłożystego Drzewa Figowego, co jest nad wyraz trafnym symbolicznym przedstawieniem. Rozejrzyjcie się wokół tego wielkiego drzewa, pod którym siedzicie; pośrodku widzicie wysoką kolumnę wzrastającą powoli, z której wyciągają się wielkie konary. Z tych konarów raz po raz opuszczają się młode korzenie, wnikając głęboko w glebę, tworząc nowe ośrodki dla rozrastającego się drzewa. To centrum życia świata jest jak centralny pień Drzewa Figowego. A jego rozłożyste gałęzie przypominają odgałęzienia Hierarchii Tajemnej, dla której to centrum jest korzeniem i domem. Ono również raz po raz wypuszcza korzenie zagłębiające się w ziemi. Wtedy na świecie powstaje nowa religia, tworzy się nowy ośrodek życia duchowego. Rozrastające się potężne Drzewo Figowe Białej Loży opasuje swoimi konarami cały świat i narody ziemi odnajdują w jego cieniu schronienie z pokolenia na pokolenie.

W taki oto cudowny sposób powstawała wielka Biała Loża, przewodniczka i strażniczka ludzkości. Z czasem powstawały ludy, rodziny łączące się w plemiona, plemiona w narody, będące miniaturowymi kopiami centrum na kolejnych kontynentach. Powstawały nowe loże, ośrodki cywilizacji i nauki.

(…)

Przenieśmy się myślami do dalekiej Atlantydy, gdzie dziś piętrzą się fale Atlantyku, lecz kiedyś istniał potężny kontynent; na tym kontynencie powstało wielkie miasto, stolica rozległego imperium Tolteków, Miasto o Złotych Bramach. Panował w nim Biały Cesarz, potomek Boskiej dynastii. Wysłannicy Loży stworzyli tam potężną cywilizację, jaka nie miała sobie równych na ziemi. Śledząc odgałęzienia tego wielkiego ośrodka, ujrzycie powstawanie nowych królestw, kolejnych imperiów. Jednym z nich był Egipt i jego wspaniała cywilizacja, która, jak twierdził Bunsen, pojawiła się w dziejach w pełni ukształtowana, bez przeszłości, która wyjaśniłaby jej początki, niby Pallas Atena z głowy Zeusa. Współcześni inżynierowie spoglądają z zachwytem na jej ruiny i pytają, jak tamci ludzie zdołali zbudować gigantyczne kolumny swoich świątyń z wielkich skalnych bloków. Możemy przeczytać o rozwoju tamtejszej nauki, „mądrości Egiptu”, o jego twórczej cywilizacji, boskich dynastiach, prearyjskich faraonach, tajemnej wiedzy o niewidzialnych światach i o świecie widzialnym.

Jeśli zwrócimy się na zachód od Atlantydy, ujrzymy imperium zbudowane na obszarze dzisiejszego, pogrążonego w konflikcie Meksyku, imperium będące odtworzeniem dawnego Egiptu, starożytne już w czasach, gdy zburzyli je Aztekowie. Przenieśmy się do Ameryki Południowej, tego jądra starożytnej świetności, w którym ostatnie relikty wyrafinowanej kultury zostały zdeptane, zalane krwią i spalone pod butem hord hiszpańskich konkwistadorów. I jeśli obrócicie wzrok na Półwysep Indyjski, cofając się do czasów uformowania Himalajów, wznoszących swoje potężne szczyty w lazurowe niebo, ujrzycie rozciągające się na południe ziemie wyłonione z dna oceanu, wielkie bagna nietknięte ludzką stopą, niezamieszkałe przez człowieka; wysychające i osuszane przez rzeki, okrywane bujną roślinnością. Z czasem stały się więc zdatne do zamieszkania przez ludzi. Dotarły tam wielkie zastępy Tolteków przedzierających się przez Himalaje i zasiedlających równiny Indii. Zbudowali tam oni wspaniałe miasta, wznieśli zbrojne fortece, ukształtowali wielką cywilizację – cywilizację opisywaną w pieśniach Purana i Daitya, która z czasem podupadła, ustąpiła pod naporem inwazji młodszej i bardziej jurnej rasy aryjskiej, „pyszałkowatych barbarzyńców z północy”.

(…)

Spoglądając wstecz do czasów, które wydają się wam dziś być tak odległe – i zaiste są tak odległe – co jest nadrzędną cechą charakteryzującą wszystkie wielkie imperia? Majestatyczna cywilizacja, wspaniała architektura, panowanie nad siłami natury, to wszystko, co stworzyli Boscy królowie zakładający i rządzący narodami, których wielkie postaci wyłaniają się z mgły wieków, Wysłannicy Białej Loży, formujący cywilizację raczkującego świata. Nie byli barbarzyńcami ci, którzy wznosili gigantyczne budowle, o ruinach których, choć niemo, wciąż jeszcze opowiada wielkim głosem architektoniczny geniusz, który je zaprojektował. Nie byli barbarzyńcami ci, którzy zbudowali miasta w Chaldei, odkrywane dziś jedno po drugim – miasta zapomniane w zamierzchłej przeszłości, zakopane w ziemi, na której wznoszono kolejne.

W najgłębszej warstwie ziemi odnajdziemy długie korytarze, biblioteki pełne tysięcy ksiąg zapisanych myślami, prawami, wiedzą tych, którzy żyli w tych niewyobrażalnie odległych czasach. Nie byli dzikimi ludźmi ci, którzy w Europie, w dużo bliższej nam przeszłości, ustawili potężne megality w Stonehenge, te dziwne pionowe kamienie, z taką wprawą i dokładnością, że dziecięcy paluszek mógłby nimi zakołysać, lecz nawet pchnięcie olbrzyma nie mogłoby ich przewrócić – materialni świadkowie przeszłości, która dawno przeminęła, jakże wymownej w swoim wielowiekowym milczeniu, świadcząca o wielkiej wiedzy tych, którzy je zbudowali.

Chiny zaczynają dziś badać swoją przeszłość – prawie zupełnie nieznaną zachodnim podróżnym. Opowiadał mi ktoś, kto zapuścił się w dalekie zakątki tego kraju, prowadząc badania geologiczne, że dane mu było oglądać w tym starożytnym kraju prawdziwe cuda. Odnalazł most, którego daty powstania nie udało się ustalić, zbudowany z marmurowych bloków tak wielkich rozmiarów, że on, Amerykanin, obeznany z tajnikami sztuki inżynierskiej – bo w tej dziedzinie Amerykanie nie mają sobie równych – nie umiał sobie wyobrazić, jak przewieziono je do tego miejsca ani jak zbudowano z nich tę potężną konstrukcję.

(…)

W jednej ze starych chińskich ksiąg przetłumaczonych na angielski, znanej pod tytułem Klasyczna czystość i będącej jednym z najwspanialszych klejnotów tłumaczonej literatury chińskiej, odnajdziecie opis pewnej ważnej tradycji, która przyszła z Zachodu, przekazywanej z ust do ust, a spisanej dopiero przez Ko Hsüana: „Otrzymałem ją od Boskiego Władcy wschodniego państwa Hva; on otrzymał ją od Boskiego Władcy Złotej Bramy; który otrzymał ją od Boskiej Matki Zachodu”. Złote Miasto było nazwą nadawaną późniejszym stolicom na pamiątkę tego pierwszego, majestatycznego miasta. Ale nawet najmłodsza – i ostatnia zarazem – z tych stolic środkowej Atlantydy była miastem starożytnym w czasach, gdy rodziła się kultura starożytnej Grecji. Długa tradycja przekazywana „z tysiąclecia na tysiąclecie świadczy o tym, jak głębokie wywarła wrażenie chwała tego miasta na umysłach kolejnych pokoleń”.

W późniejszych czasach, czasach istnienia piątej rasy rdzennej, dziecka rasy czwartej, odnajdujemy ślady podobnej dbałości w jej formowaniu i pierwszym okresie funkcjonowania. Boscy królowie opiekowali się nią, Boscy nauczyciele przekazywali jej wiedzę. Bo czytamy o dostojnym prawodawcy, znanym pod imieniem Vaivasvata Manu; czytamy o czcigodnym uczonym gromadzącym pisma wielu ludów, znanym pod imieniem Vyasa; o wielu riszich, znanych pod różnymi imionami, pojawiającymi się raz po raz, pokolenie po pokoleniu, niosących niezmiennie ten sam przekaz, nauczających późniejsze ludy, jak nauczali wcześniejsze; a pisma hinduistyczne mówią nam o Boskich królach. Jakież hinduskie serce nie wzbiera czcią, admiracją, oddaniem, czytając sanskryckie pisma, te wspaniałe opowieści o Sri Ramie, idealnym władcy, idealnym synu, Boskim w swojej naturze, potężnym w sprawowaniu rządów, doskonałym w swoim człowieczeństwie prawodawcy i królu?

Podobnie było z innymi, nie tylko w Indiach, lecz w państwach zasiedlanych przez potomków rasy aryjskiej na całym świecie. Wszyscy oni zabierali ze sobą pamięć o Boskich królach; wszyscy opowiadali o Boskich nauczycielach, założycielach religii; o wielkich herosach, półbogach, którzy władali nimi i nauczali ich w przeszłości. Ta uniwersalna tradycja opowiada o dniach, w których bogowie przechadzali się pomiędzy ludźmi, rządzili nimi, pouczali, byli wielkimi ideałami, które jeszcze dziś oczarowują i fascynują ludzkie serca. Wyobraźcie sobie takie królowanie, jego cudowną magię w dzisiejszych czasach, takie panowanie nad narodami, które przypisują sobie miano największych cywilizacji, oświeconych cywilizacji. Wyobraźcie sobie, że imię króla nie pozostałoby tak samo święte i drogie – pomimo że tak często było plamione i znieważane, że usiłowano je wymazywać i ukrywać – gdyby nie pamięć o królach, Boskich w swojej miłości i mądrości, Boskich w swojej potędze i sprawiedliwości, którzy opromieniali ludzkość; nie kochalibyśmy dzisiaj samego tytułu królewskiego, nie kłanialibyśmy się z głębokim szacunkiem tym, którzy noszą na głowie koronę.

(…)

Jeśli chcecie zrozumieć, jak puste są te wszystkie zarzuty wobec królów, jak daremne próby zniszczenia ideału panującego w sercach narodów, gdybyście chcieli zrozumieć, jak słabe są wszelkie wytaczane przeciwko nim argumenty, wystarczy cofnąć się kilka lat do czasów, gdy królowa imperium Wiktoria szła ulicami Londynu do katedry św. Pawła, by złożyć dziękczynienie za długie lata, w których dzierżyła berło imperium, podczas gdy wokół zebrały się tłumy jej poddanych. Widząc to zgromadzenie, jego hołd, wielką miłość graniczącą z uwielbieniem tamtej doniosłej epoki, zrozumielibyście, że instytucja królestwa jest czymś więcej niż ustawą konstytucyjną, czymś więcej niż formą rządów przyjętą przez parlament, tak naprawdę bowiem król rządzi wedle Boskiego prawa, jest symbolem Boskiej władzy w świecie ludzi. Ta tradycja przetrwała od czasu narodów rządzonych przez królów będących zaiste istotami królewskiej natury:

„Ludzie są panami rzeczy”.

Nie mówię tu tylko o królach jako Wysłannikach Białej Loży, lecz również o nauczycielach i założycielach religii świata. Bo religia pochodzi z nieba i nieustanne poszukiwanie Boga doczekało się odpowiedzi od tej wielkiej Białej Loży będącej ośrodkiem Boskiego życia na ziemi. Bo czym jest religia? Religia nie jest zbiorem formułek, których można nauczyć się na pamięć i praktykować bezmyślnie. Nie jest tylko zbiorem ceremonii odprawianych przez kapłanów na oczach ludu. Nie jest nawet świętymi księgami, choćby były one pełne wzniosłych treści, inspirujące i cenne. Religia jest wołaniem ludzkiego ducha do źródeł życia; jest odwołaniem się małego Ja, zagubionego pośród mgły spowijającej ziemię, do najwyższego Ja, którego jest odbiciem; jest ludzkim sercem poszukującym Boga, opisywanego w słowach hebrajskiego poety: „Jak serce jest spragnione wody ze strumienia, tak moja dusza spragniona jest Ciebie, o Boże”. To odwieczne pragnienie ludzkości, która szuka Boga, pragnienie, które nie zostanie ugaszone, dopóki człowiek nie napije się wody życia w świadomości Boga.

(…)

Liczne religie świata są odpowiedzią starszych braci, którzy opowiadają dziecięcym duszom o życiu wiecznym, przekazują im w dziecięcym języku treści, które ich dusze potrafią pojąć. I tak raz po raz, wraz z rodzącym się nowym odgałęzieniem macierzystej rasy, nowe dzieci wyruszają do odległych krain, na ugory, które użyźniają, przemieniają jałową ziemię w życiodajne pola, przydają jej piękna, formują nowe narody. Ojcowska Loża nie zapomina o tych dzieciach oderwanych od rodzinnej ziemi i wysyła ku nim Posłańca, jednego z największych, by przekazał im starożytną wiedzę o wiecznej i zawsze młodej prawdzie, odzianej w strój najlepiej pasujący do wymogów czasu.

Kiedy drugie pokolenie rasy aryjskiej zostało wysłane do Arabii i Afryki, podróżując na południe założyło wielkie imperium, czyli Egipt, w porozumieniu z przywódcami Arabii, z Wysłannikiem, któremu Egipt nadał imię Toth, którego Grecja nazwała później Hermesem, który ubrał swoje przesłanie w symbolikę światła. W centralnym domu rasy uczono, że jaźń jest jedna, że jest „osobą w słońcu”, a wszystkie Ja są promieniami tego słońca. Tę samą ideę wyrażał Hermes w Egipcie, lecz w symbolice światła. Mówił, że światło mieszka w niebie, a jednak odnajduje swój dom w sercu wszystkich ludzi, że światło ponad nami jest identyczne ze światłem w naszym sercu i że kiedy ludzie raz ujrzeli światło w swoich sercach, będą widzieli je wszędzie w niebie i na ziemi. Przekaz pozostał niezmieniony od czasów nauk starożytnych, lecz w nowej postaci mówił o świetle, podczas gdy wcześniej odwoływał się do słońca.

Kiedy kolejna podrasa wyruszyła, by założyć wielkie imperium Persji – istniejące od 30 000 do 2000 roku przed Chrystusem – udał się tam ten sam wielki Wysłannik 27 000 lat przed nastaniem ery chrześcijańskiej, by nauczać budowniczych imperium i przekazać im podwaliny wiary zachowanej do dzisiejszych czasów. Widzimy Go dziś wypalającego jedyną prawdę w ogniu – ogniu będącym najczystszym z wszystkich żywiołów, ogniu, który wszystko oczyszcza, Boskim płomieniu na ołtarzu, Boskim ogniu płonącym w sercu ludzkim. Zaratustra był Wysłannikiem ognia, ściągnął ogień z nieba, a kiedy wypełnił swoją misję, otoczył go obłok i uniósł ze sobą; ale płomień, który rozpalił, nie zagasł i wciąż jeszcze Jego lud pamięta Słowo ognia; bo żaden nowy ogień nie może zapłonąć w świątyni ognia z woli współczesnych wyznawców zoroastryzmu, dopóki płomień pochodzący z nieba pali się na ziemi; wiele świątyń ognia czekało latami, by uderzył piorun z nieba rozpalając drzewo, aby niebiański ogień mógł połączyć się z ogniem ludzkich palenisk. Silna wciąż jeszcze jest tradycja pochodząca z czasów, gdy Zaratustra wyciągniętą dłonią zmusił ogień, by zstąpił z nieba i rozpalił stos drewna na ołtarzu, przy którym stał.

(…)

Ale powstać miała jeszcze jedna cywilizacja, miała zdominować myśl europejską, cywilizacja, która dała Europie literaturę, na której dziś jeszcze się wzorujemy, której piękno wciąż staramy się odtwarzać. Grecja w dniach swojej świetności wznosiła budowle tak wspaniałe, że współczesny geniusz i współczesna technika mogą jedynie próbować ją odwzorowywać bez nadziei, że kiedyś prześcigną jej kunszt. Grecja zrodziła filozofów tak wielkich, że najwięksi myśliciele Europy wciąż wzorują się na myśli platońskiej, a współcześni pigmeje wciąż jeszcze zapatrzeni są w zachwycie w tę majestatyczną postać, przerastającą wysoko swoją rasę.

Grecja jest panią cywilizacji europejskiej, jej mistrzostwo jest niedoścignione. Kiedy ten niezwykły naród powstawał, kiedy jego niezrównany lud budował swoją kulturę, posłano do starożytnej Grecji tego samego wielkiego Wysłannika. Przybył on z pieśnią. Dawniej wysławiał się poprzez światło i ogień, a teraz jako Orfeusz wyrażał się poprzez muzykę, cudowną muzykę, dla wysłuchania której zbierali się dewowie, czarodziejską muzykę, którą wydobywał z prostego instrumentu, który wydawał się nie być zdolnym do wygrywania tak melodyjnych dźwięków; brzmienie jego głosu także budziło zachwyt tak wielki, że natura zdawała się wstrzymywać oddech słuchając go w olśnieniu – tak czarowne wyśpiewywał nuty, tak wielka była Jego magia. Podobnie jak w Egipcie zapoczątkował tu wielkie misteria, dzięki którym pochodnia wiedzy nie zagasła przez tysiące lat; podobnie jak w Persji zapoczątkował misteria będące szkołą magów; w Grecji nosiły one miano misteriów orfickich i stały się źródłem dla wszystkich tajemnych szkół greckich. Misteria urządzały szkoły pitagorejczyków, o których mówił Platon i które kształtowały mistrzowskie umysły Grecji, skąd czerpano mądrość będącą strawą dla całej Europy.

(…)

Czas płynął, aż nastał dzień, w którym na ziemi zapowiedziano ogłoszenie jeszcze głębszego przesłania. W Indiach północnych, w rodzinie królewskiej narodziło się dziecko. Wokół Jego kołyski zgromadzili się dewowie, rozrzucając płatki kwiatów, wyśpiewując hymny pochwalne o świętych Narodzinach, wpatrzone w matkę i dziecko, matkę kołyszącą w ramionach nadzieję, światłość świata. Wychowywany w luksusie, wyrósł na szlachetnego młodzieńca, który osiągnął pełną godności dojrzałość. Żaden z ziemskich smutków nie zaciążył na Jego sercu, żadna troska nie przyćmiła Jego oczu. Pewnego razu jednak posłyszał ludzki płacz; jednej cichej i jasnej, błogosławionej nocy ludzkie choroby, śmierć, starość, ludzki ból opadły Go. Wstał i pochylił się nad śpiącą żoną i dzieckiem, posłał im czułe błogosławieństwo i pożegnał się. Ostrzem miecza odciął sobie długie włosy, zrzucił królewskie szaty i odesłał swojego ulubionego wierzchowca. Ten, który był Siddharthą i który miał zostać Buddą, wyruszył w samotną podróż, której celem było zbawienie świata.

Długo poszukiwał i wiele wycierpiał; wędrował wieloma ścieżkami, lecz żadna nie doprowadziła go do końca; znużony, osłabiony i wychudzony jak szkielet, ledwo trzymając się na nogach, doświadczył życia w jego największej surowości. Czując, że upadnie, przyjął z rąk dziewczyny kilka kropli mleka i wzmocnił nadwątlone ciało; potem poszedł dalej, by ukończyć swoje dzieło, odnaleźć światło, które miało Go opromienić, a poprzez Niego opromienić także cały świat. On, najpierwszy z ludzi, wspiął się na najwyższy szczyt stanu Buddy. Usiadł pod drzewem Bodhi, gdzie stał się celem napaści wszelkich złych mocy, które osaczały go, mamiły ukazując zapłakaną postać żony, naśladując kwilenie dziecka. Aż wreszcie rozbłysło światło. Otworzywszy oczy, ujrzał przyczynę smutku i ścieżkę, która prowadziła do wyzwolenia; wtedy zgromadzili się wokół niego dewowie, a Brahma, Stwórca świata poprosił, by przyjął światło, które On stworzył. Po wielu dniach wstał i poszedł do świętego miasta Benares. Tam zaczął obracać kołem prawa i dał ludziom światłość życia. Przez wiele długich lat Jego błogosławione stopy wędrowały przez równiny i lasy Indii, Jego piękny głos głosił wiedzę tym, którzy jej nie mieli, niósł pocieszenie zasmuconym; do chwili, gdy odrzucił swoje ostatnie śmiertelne ciało i wzniósł się wysoko do światów nadniebiańskich, by rozsiewać swoje bezcenne błogosławieństwo ludzkości, którą tak kochał, którą wzniósł w sobie do poziomu mądrości i bezgranicznej miłości.

ISBN 13: 978-83-66388-59-8
EAN: 9788366388598

Dodatkowe informacje

Waga 200 g
Wymiary 14.5 × 20.5 cm
Autor

Annie Besant

Książka

okładka miękka

Objętość

88 stron