C. W. Leadbeater, Annie Besant
O ścieżce wiedzy tajemnej
Rozważania nad dziełem
„U stóp Mistrza”, tom 1

44,00 

Autorzy omawiają warunki, jakie musi spełniać uczeń poruszający się po najwyższych ścieżkach rozwoju duchowego. Za podstawę służy tutaj książka Jiddu Krishnamurtiego U stóp Mistrza, która została mu podyktowana przez Mistrzów Mądrości, Miłości i Mocy.

SKU: 1015217 Kategorie: ,

Opis

Droga ta prowadzi przez wnikliwe studia nauk ezoterycznych / tajemnych oraz kroczenie po ścieżce kolejno następujących po sobie inicjacji, które wprowadzają ucznia w coraz głębsze Misteria życia. Najlepszym punktem wyjściowym na tej ścieżce jest jakaś forma służby innym ludziom. Istnieją cztery warunki, jakie należy spełnić, by wędrować nią pewnym krokiem. Są to: zdolność rozróżniania, wyzbycie się pragnień, dobre postępowanie oraz najważniejszy z wszystkich – Miłość.

Zdolność rozróżniania potrzebna jest, by nie wpadać już w sidła iluzji, dokładnie potrafić odróżniać nierzeczywiste od tego, co realne i wieczne. Wyzbycie się pragnień to rezygnacja z celów małego Ja na rzecz wielkich celów duszy, czy też Wyższego Ja, to obstawanie wyłącznie przy pragnieniu stania się takim, jaki jest Mistrz.

Tom drugi to kontynuacja objaśnień dwóch ostatnich warunków – dobrego postępowania oraz Miłości.

Cytaty z książki:

U stóp Mistrza jest jedną z trzech książek – dwie inne to Głos ciszy i Światło na drodze – których szczególnym celem jest pomóc ludziom postawić pierwsze kroki na ścieżce. Jest ona dla nas obecnie najcenniejsza dzięki jej nadzwyczajnej prostocie i aprobacie Nauczyciela Świata, który wkrótce przybędzie. Książka zawiera nauki udzielone przez mistrza młodemu uczniowi Jiddu Krishamurtiemu (nazywanemu Alcyone w szeregu jego poprzednich wcieleń) w 1909 roku, kiedy był on trzynastoletnim chłopcem. Jego znajomość angielskiego nie była wówczas doskonała, a ponieważ nauki były przekazywane w tym właśnie języku, zarówno ich treść, jak i poprawność językowa, wymagały starannych poprawek. Mistrz Kuthumi, cechujący się niezwykłą zdolnością przystosowania, dołożył wszelkich niezbędnych starań do przeprowadzenia aspirującego do pierwszego wtajemniczenia w tym cudownie prostym stylu będącym jedną z wielkich zalet tej niewielkiej książeczki.

Światło na drodze zostało opublikowane w roku 1885, a Głos ciszy w roku 1889. Obie te pozycje traktujące o moralności wykazują pewne cechy szczególne. Są napisane językiem bardziej poetyckim niż U stóp Mistrza, choć i w tej książce natrafimy na bardzo piękne sformułowania. Nie może być inaczej, skoro ich autorem był Mistrz Kuthumi. Światło na drodze, jak powiedział nam Swami T. Subba Row, ma wiele warstw znaczeniowych, z których najgłębsza odnosi się do inicjacji na poziomie Maha Chohana, etapie, którego nie osiągnęli nawet jeszcze nasi mistrzowie. Głos ciszy przenosi nas aż do inicjacji Arhata. U stóp Mistrza odnosi się szczególnie do pierwszej inicjacji, tak więc nasze komentarze będą dotyczyły jej właśnie w pierwszej kolejności.

(…)

Wszyscy słyszymy często o warunkach niezbędnych do wkroczenia na ścieżkę i będziemy o nich słyszeli tak długo, aż wprowadzimy w życie to wszystko, co zostało napisane w takich książkach jak ta. Nietrudno zrozumieć, co musimy w tym względzie zrobić, nie istnieją też na tej drodze trudności inne niż te, które sami stwarzamy. Mimo to stosunkowo niewielu ludziom udaje się wypełniać podane wskazówki, ponieważ przeszkadza im w tym często ich osobowość. Każdy człowiek musi samodzielnie zastosować się do tego, co zostało napisane w tych książkach. Nauczyciel może objaśniać i ilustrować kolejne zadania na różne sposoby, lecz każdy musi przejść ścieżkę samodzielnie. Jest ona czymś w rodzaju treningu dla ludzkości, treningu fizycznego. Możemy dostać trenera, który będzie nas uważnie prowadził, lecz kandydat sam musi pracować nad muskulaturą, bo nikt nie może tego zrobić za niego.

Miliony ludzi wokół nas powinny stosować się w życiu do zaleceń wyznawanych religii, lecz bardzo niewielu naprawdę to czyni. Nawet ci, którzy wiodą dobre i święte życie, nie stosują się ściśle do wszystkich udzielanych im pouczeń. W niektórych przypadkach nauki religii zewnętrznych są nieistotne lub nieodpowiednie, lecz wiedza tajemna zaleca wyłącznie to, co niezbędne, udziela wskazówek, do których trzeba się ściśle stosować. Nie oznacza to, że musimy posiadać wszystkie niezbędne kwalifikacje w stopniu doskonałym, zanim zostaniemy przyjęci przez mistrza – byłoby to bowiem osiągnięciem poziomu adepta, musimy je jednak posiadać w stopniu wystarczającym, muszą być one czymś rzeczywistym, nie powierzchownym czy sztucznym. Kiedy profesor chemii mówi nam, że łącząc ze sobą określone pierwiastki w określony sposób uzyskamy takie, a nie inne rezultaty, wiemy, że tak właśnie będzie: że jeśli użyjemy niewłaściwych proporcji, nie otrzymamy tego, czego oczekiwaliśmy. W kwestiach religijnych ludzie zdają się myśleć, że niejasne wskazówki, jakie otrzymują, są wystarczające, lecz w dziedzinie nauk tajemnych to za mało. Musimy ją traktować jak naukę; i choć tak często słyszymy o niezbędnych kwalifikacjach, powinniśmy mieć nadzieję, że stosując się sumiennie do wszystkich wskazówek, próbując zrozumieć i precyzyjnie wypełniać wszystkie zalecenia, wielu z nas, którym się to jeszcze nie udało, nareszcie postawi stopy na tej ścieżce.

(…)

Te kwestie natury wewnętrznej nie są tak odległe ani niepewne. Jeszcze kilka lat temu wydawały się dużo bardziej niezrozumiałe, bo tak niewielu z tych, których znaliśmy, nawiązało bezpośredni kontakt z mistrzami. Student mógł zatem myśleć: „Tak, być może dwóm albo trzem szczególnie utalentowanym osobom, lub takim, które miały niezwykłe szczęście, mogło się to udać, lecz nie wydaje mi się, by udało się to zwykłym ludziom”. Dziś jednak wiele osób nawiązało z nimi bezpośredni kontakt, zatem możemy powiedzieć sobie: „Skoro im się to udało, dlaczego mnie nie miałoby się udać?”. Przyczyna braku sukcesu musi tkwić w nas samych, nigdy na zewnątrz. Z pewnością nie jest to wina mistrzów, którzy zawsze są dostępni, kiedy uczeń jest gotowy. Czasem odpowiedzialny jest jakiś defekt, czasem brak wystarczających postępów w rozwoju; jeżeli jednak nie mamy w sobie wad odpowiedzialnych za taki stan rzeczy, powinniśmy osiągnąć sukces. Warto więc dołożyć określonych starań, by zrozumieć siebie – przekonać się, czego nam brakuje – i znaleźć sposób na udoskonalenie siebie.

Istnieje realny świat wewnętrzny przewyższający znaczeniem cały świat zewnętrzny, który tak uparcie wywiera na nas presję. Wszędzie są ludzie, którzy uważają się za tak zaangażowanych, tak mądrych w swoich dążeniach, choć prawda jest taka, że wszyscy działają w obszarze nierzeczywistym, zewnętrznym, a tak niewielu uświadamia sobie istnienie wewnętrznego świata duchowego, daleko ważniejszego pod każdym względem.

(…)

Podążając ścieżką musimy odgrywać swoje role na tym świecie, lecz czynimy to wyłącznie ze względu na prawdziwe życie wewnętrzne. Aktor odgrywa swoją rolę na scenie, ponieważ ma inne życie – życie spójne i znaczące. Może odgrywać różne postaci, podobnie jak my powracający na ziemię w kolejnych wcieleniach przybieramy różne ciała. Aktor wiedzie jednocześnie swoje prawdziwe życie jako człowiek i artysta zarazem, a ponieważ ma to prawdziwe życie, stara się dobrze odgrywać swoje role na scenie. Podobnie my chcemy postępować dobrze w naszym tymczasowym życiu fizycznym na ziemi, którego jedyną wartością jest dobre wywiązanie się z powierzonych nam ról, nieważne, jakie one będą; jaka będzie nasza rola i co się nam przydarzy w tej naśladowczej egzystencji – to wszystko ma niewielkie znaczenie. Aktor może odgrywać na scenie smutek i trudności, które wewnętrznie nie mają dla niego żadnego znaczenia. Każdego wieczoru na scenie może na przykład ginąć w pojedynku; lecz cóż może dla niego znaczyć taka udawana śmierć? Jedyną rzeczą, którą się przejmuje, jest to, by dobrze odegrać swoją rolę.

Nie powinniśmy mieć trudności ze zrozumieniem, że otaczający nas świat opiera się na naśladownictwie, dlatego nie ma znaczenia, jakie czekają nas w nim doświadczenia. Wszystko, co przydarza się ludziom na zewnątrz, jest skutkiem ich karmy. Przyczyny powstały w poprzednich wcieleniach i nie można ich już zmienić. Dlatego nie warto się przejmować tym, co nas spotyka. To wynik przeszłości, do którego powinniśmy podchodzić ze stoickim spokojem. Wielu ludzi postępuje głupio, pozwalając, by wydarzenia zewnętrzne sprawiały im ból, cierpienie i przyprawiały o zmartwienia. Najwłaściwiej byłoby traktować je jak lekcje, które należy opanować, a potem usunąć je z umysłu. Być jak pszczoła i kwiat, jak mawiają nasi bracia hindusi. To, w jaki sposób radzimy sobie z tym, co nas spotyka, kształtuje nasz charakter i tylko to się liczy. Człowiek powinien używać swojej karmy do wzmacniania w sobie odwagi, wytrwałości i wielu innych zalet, a potem o niej zapomnieć.

Trudno przyjąć taką postawę, ponieważ otaczają nas tysiące ludzi traktujących tę grę poważnie – w przekonaniu, że jest ona jedynym prawdziwym życiem. To, co mówią i jak z nami postępują, blokuje nas do pewnego stopnia, jednak dużo większą przeszkodą na naszej drodze (choć nigdy się nad tym nie zastanawiamy) jest ogromna, wymagająca presja opinii publicznej. To po prostu zdumiewające, że tysiące ludzi wykazuje całkowitą ignorancję wobec tych, którzy znają prawdę. Myślą: „Musimy jak najszybciej zdobyć majątek i bogactwo; w życiu liczy się tylko to, co o nas myślą inni”.

(…)

Otaczają nas także w dużym stopniu myśli tych, którym zależy na pozycji społecznej i przywilejach, którzy chcą być zapraszani na obiady i bale, znaleźć się na liście zaproszeń księcia czy hrabiego itd. Wiele iluzji otacza również życie religijne, bo odnajdziemy tam garstkę liberałów i miliony dewotów. Iluzja spowija także życie społeczne, weźmy na przykład typową dla Anglii pruderię. Ponieważ zasady zabraniają nawet rozmawiać o seksualności, młodzi ludzie chcący dowiedzieć się czegokolwiek w tej kwestii często pakują się w poważne kłopoty, bo słabość jest rzeką, do której niezmiernie łatwo jest wpaść nie posiadając wystarczającej wiedzy. Ludzie często próbują odwoływać się do wzorców klasycznej Grecji czy Rzymu, pod wieloma względami nieobyczajnych, choć pamiętając te muszę sprostować, że były one dużo bardziej przyzwoite niż wzorce panujące w dzisiejszej Europie.

My, którzy rozumiemy więcej o wewnętrznej naturze rzeczy, musimy przeciwstawić się tym ekstremalnym postawom, mówiąc sobie: „Nie, tak nie jest, to wszystko jest nierzeczywiste, modlimy się, by odnaleźć drogę do rzeczywistości”. To, co rzeczywiste, znajduje się głębiej, jest trwałym życiem, które, jak podaje Pismo, jest „ukryte z Chrystusem w Bogu”. Żyć w takiej nieprzerwanej świadomości i postrzegać świat zewnętrzny jako mniej ważny nie jest łatwo, lecz tak właśnie żyć należy. Jak powiedział jeden z naszych mistrzów: „Ten, kto pragnie za nami iść, musi porzucić swój świat”. Nie oznacza to, że musimy rezygnować z naszych codziennych zajęć i zamieszkać w pustelni – przeciwnie, powinniśmy jeszcze bardziej angażować się w codzienne sprawy, wypełniając swoje role w tej dziwnej grze życia – ale nie oznacza to, że aspirujący musi zrezygnować ze swojej zwykłej postawy i przyjąć postawę mistrzów.

Ci, którym powiodły się te dążenia, pewnego dnia zostaną przyjęci na uczniów tego czy innego mistrza. Kiedy ludzka myśl wpisuje się w myśl nauczyciela, uczeń może się sprawdzić pod okiem mistrza, nigdy nie ulegając wpływom tłumu, rozumiejąc, co myśli mistrz w każdej dowolnej sprawie. Szybko nauczy się kierować swoimi myślami na wzór rozumowania mistrza, będzie rozumiał jego punkt widzenia; choć początkowo raz po raz doświadczać będzie nieoczekiwanego szoku w zetknięciu z tą perspektywą myślenia. To, co wydawało mu się do tej pory niezwykle ważne, utraci swoje znaczenie, a inne sprawy, które pomijał jako stosunkowo nieistotne, nabiorą wielkiego znaczenia, ponieważ w jakiś sposób powodują, że stajemy się bardziej użyteczni, a wszystko, co wpływa na naszą użyteczność, jest ważne, pozwala nam bowiem dotykać tego, co rzeczywiste.

(…)

Presja oddziałująca na umysł zewsząd w wymiarach mentalnych i astralnych nie pochodzi z góry. Nie wolno nam więc słuchać cudzych opinii, musimy wsłuchiwać się wyłącznie w głos dobiegający z góry, głos i myśl mistrza. Nic dziwnego, że w dawnych czasach w Indiach i innych krajach, kiedy człowiek pragnął rozpocząć życie duchowe, w pierwszym rzędzie zostawiał za sobą zwyczajne życie, by zamieszkać w jaskini albo w dżungli. Taka ucieczka pozwalała mu uwolnić się od presji ignorantów, bardziej swobodnie podążać własną drogą. Wielu chrześcijańskich świętych, którzy odsunęli się od aktywności w świecie, zostało pustelnikami, mnichami lub odnalazło towarzystwo ludzi myślących podobnie.

Korzyść płynąca z takiego wycofania się z codzienności jest tym większa, jeśli człowiek doświadczy zaszczytu przebywania w aurze mistrza albo któregoś z jego bardziej zaawansowanych uczniów. Wibracje tej aury nieustannie oddziałują na ciało ucznia, dostrajają je do siebie, pomagają wyzwolić się z materii o większej gęstości i odnaleźć właściwą strawę. Uczeń powinien nieustannie pracować nad kształtowaniem w sobie zalet – na przykład nad pogłębianiem miłości. Pozostawiony samemu sobie będzie pracował nieregularnie, raz po raz o tym zapominając. Przebywanie w aurze istoty wyższej pozwoli mu trwać przy wyższych myślach i uczuciach, które chciałby na stałe gościć w swoim życiu. Efekty tej metody możemy przyrównać do procesu korygowania zniekształconej kończyny dziecka, którą wkłada się w szyny, by ją wyprostować. Przebywając w kręgu aury mistrza uczeń czuje, że nie mógłby pomyśleć niczego niewłaściwego, nawet gdyby chciał. Osiągnąwszy ten poziom, spoglądamy z uśmiechem na nasze wczorajsze myśli, mówiąc: „Nie mógłbym już myśleć ani czuć w ten sposób; to wszystko ulotniło się jak sen”. Ale jutro, gdy znajdziemy się daleko od mistrza, będziemy być może zmuszeni walczyć o zachowanie tej wyższej postawy, którą tak łatwo osiągnęliśmy w jego obecności.

Obecnie ci, którzy chcą podążać drogą, muszą osiągnąć tę postawę nie rezygnując jednak z aktywnego życia, ponieważ ich zadaniem jest pomaganie światu nie tylko poprzez myśli i medytację – co bez wątpienia czynili pustelnicy i mnisi – lecz poprzez angażowanie się w liczne działania. To bardzo piękna idea i wielki przywilej, choć niezwykle trudne w realizacji.

(…)

Z powodu tych trudności bardzo niewielu ludzi osiągnęło w tej mierze sukces. Większość zadowala się przyswajaniem nauk teozoficznych na poziomie odpowiadającym zaangażowaniu dzisiejszych chrześcijan. Miło jest dyskutować o kwestiach religijnych w niedzielny poranek, lecz nie ma obowiązku praktykować ich w życiu codziennym. Zaangażowany adept na ścieżce życia wewnętrznego nie może traktować tych spraw tak lekko; musi wykazać się wytrwałością i praktyką, musi urzeczywistniać swoje ideały w życiu codziennym. Jest to trudne zadanie. Nie chodzi o to, że ludzie nie są gotowi do podjęcia tego wysiłku dla idei teozoficznej. Gdyby mogli pomóc mistrzowi, z pewnością podjęliby się jakiegoś konkretnego zadania, choćby kosztowało ich ono życie. Pamiętacie, co powiedział święty Augustyn: „Jest wielu, którzy gotowi są umrzeć dla Chrystusa, lecz niewielu gotowych dla Niego żyć”. Miano męczennika brzmi wspaniale, heroicznie; jest wielkim osiągnięciem. Lecz męczennik żywi przekonanie, że podejmuje się wielkiego wysiłku i ta świadomość wspiera go pośród bólu i cierpienia. Jest podekscytowany, co daje mu większą energię do wypełnienia heroicznego zadania. Życie codzienne jest jednak trudniejsze. Nie można trwale podtrzymywać w sobie heroicznej energii pośród drobnych codziennych zmagań. Niezwykle trudno jest zachowywać ożywienie umysłu mając do czynienia z tymi samymi nużącymi ludźmi każdego dnia, ludźmi, którzy nie robią tego, co naszym zdaniem robić powinni. Trudno jest żyć dla Chrystusa pośród drobnych spraw, które wydają nam się tak nieistotne. Trudno jest podążać ścieżką w codzienności.

Tą drogą szli przed nami inni, którym udało się wejść na ścieżkę, dlaczego więc nie miałoby się to nam udać? Sukces to zwycięstwo nad sobą samym; oznacza on, że musimy wziąć się w garść i skonfrontować się z faktami, wyrywać chwasty z korzeniami. Nieważne, jak głęboko rosną w ziemi ani jak bardzo będziemy z tego powodu cierpieli; musimy je wykorzenić! To ciężka praca, lecz ci, którzy podążając tą drogą, osiągnęli jej wyższe etapy, mówią nam, że jest tego warta, że nieskończenie warto jest czynić starania, wielkie lub mniejsze, pojedyncze albo wielokrotne.

(…)

Poczucie Ja u człowieka prymitywnego wyraża się we wszelkiego rodzaju emocjach i namiętnościach, których ego z pewnością by nie pochwalało, lecz człowiek rozwinięty pielęgnuje w sobie tylko wybrane emocje. Zamiast dawać się ponosić emocjom, decyduje, co będzie odczuwał. Mówi: „Miłość jest dobra. Pozwolę sobie odczuwać miłość; oddanie jest dobre. Pozwolę sobie odczuwać oddanie. Współczucie jest piękne. Pozwolę sobie je odczuwać”. Postępuje więc świadomie, intencjonalnie. Emocje znajdują się więc pod władaniem umysłu, a umysł jest ekspresją ciała przyczynowego; tak więc zbliżamy się do stanu pełnej jedności wyższego i niższego Ja.

Nie powinniśmy wyobrażać sobie, że w człowieku istnieją dwie osobowości. Niższe Ja nigdy nie jest odrębnym bytem, ale ego dokłada swoją maleńką cząstkę do osobowości, by doświadczyć wibracji niższych wymiarów. Osobowość staje się dzięki temu bardzo ożywiona, bardziej niż ego, ponieważ jest to etap, z którego może reagować na te wibracje. W konsekwencji zapomina, że należy do ego i otwiera własne konto w banku życia, usiłuje dążyć dalej, niż chciałoby ego. Ego staje się coraz silniejsze w procesie wielu inkarnacji i człowiek zaczyna dostrzegać fakt, że osobowość nie jest niczym innym jak ekspresją jego samego, inkarnującego ego i że kiedykolwiek próbuje być panem, a nie sługą, popełnia błędy i wymaga kontroli. Tak więc naszą sprawą jest nakazać osobowości, by wyrażała wyłącznie ego i nic więcej. To właśnie pan Sinnett nazwał posłuszeństwem wobec wyższego Ja. W Głosie ciszy czytamy, że uczeń powinien unicestwić formę lunarną. Odnosi się to do ciała astralnego. Nie oznacza to, że powinniście popełnić astralne morderstwo; chodzi o to, by wasze ciało astralne nie istniało w innej postaci niż jako ekspresja wyższego, by zamiast żyć swoimi namiętnościami i emocjami odzwierciedlało jedynie wybory ego.

(…)

Inną powszechnie głoszoną teorią jest to, że materia jest czymś złym. Wcale tak nie jest. Materia jest ekspresją Boskości tak samo jak duch; jedno i drugie zawiera się w Nim – to Jego dwie strony. Materia często spowalnia nasz postęp, dzieje się tak jednak tylko wtedy, gdy jest używana do tego celu. Równie dobrze ktoś, kto zatnie się nożem, mógłby powiedzieć, że noże są narzędziem zła. Biorąc pod uwagę to, jak pojemne są pojęcia w sanskrycie, moglibyśmy przetłumaczyć pierwszy wers następująco: „Prowadź mnie od fałszu do prawdy”. „Prawda”, „trwałość”, „rzeczywiste” – tak można by przetłumaczyć użyte w sanskrycie słowo; prosimy więc raczej o to, by przeprowadzono nas od tego, co zewnętrzne, gdzie iluzja ma większą siłę, do tego, co wewnętrzne, bliższe prawdy absolutnej.

Druga prośba wyrażona w tej modlitwie: „Od ciemności prowadź mnie do Światła” – oznacza oczywiście ciemność ignorancji i światło wiedzy. Modlitwa jest adresowana do mistrza; prosimy go, by nas oświecił swoją mądrością. W Indiach przypisuje się temu zwrotowi drugie znaczenie, prośbę o doprowadzenie nas do wiedzy o wyższych wymiarach. Została ona wyrażona w pięknej myśli, którą odnajdujemy w niektórych starych księgach, że światło niższych wymiarów jest ciemnością wymiaru wyższego. To zdanie jest cudownie prawdziwe. To, co mamy w naszym świecie za światło, jest przyćmionym, zamazanym blaskiem w porównaniu ze światłością świata astralnego, które z kolei jest czymś ubogim w porównaniu ze światłem opromieniającym świat mentalny. Trudno jest ująć te różnice w słowach, ponieważ za każdym razem, kiedy wznosisz się o wymiar w świadomości, dostrzegasz coś wspaniale większego niż wszystko, co do tej pory widziałeś – większą moc, większe światło, większą błogość.

(…)

Dalej mówimy: „Od śmierci prowadź mnie do nieśmiertelności”. Sens tego zdania jest sprzeczny z rozumieniem przeciętnego człowieka religijnego, ponieważ teozoficzna postawa wobec śmierci różni się od postawy ludzi nieznających tej nauki – różni się diametralnie. Śmierć nie jest czymś przerażającym, nie jest największą grozą, raczej aniołem niosącym złoty klucz do drzwi otwierających się na wyższe i pełniejsze życie. Oczywiście zawsze żałujemy tych, którzy odchodzą; lecz w istocie żałujemy „dotyku dłoni, która opadła, dźwięku głosu, który umilkł”. Skoro więc prosimy, by przeprowadzono nas od śmierci do nieśmiertelności, nie mamy na myśli tego, co wypowiadając te słowa myślałby chrześcijanin, że pragnie odtąd żyć przez wieczność jako ta sama osobowość w takiej lub innej formie. Żywimy jednak zdecydowane pragnienie ucieczki przed śmiercią i jej nieodłącznym towarzyszem, narodzinami. Ludzie zmuszeni są wędrować po kole, które buddyści nazywają samsarą, kołem życia. Modlą się więc: wyprowadź nas z tego koła narodzin i śmierci ku nieśmiertelności – do życia, które leży poza narodzinami i śmiercią, które nie musi już zanurzać się w niższych wymiarach, ponieważ jego proces ludzkiej ewolucji dobiegł końca i zyskał całą dostępną tam wiedzę.

(…)

Pośród całego tego zgiełku, wiru i podniecenia życiową walką człowiek musi ciągle nasłuchiwać, jeśli aspiruje do tego, by stać się uczniem mistrza. Musi gorliwie wypatrywać sposobności do wprowadzenia w życie jego nauk. Koniec końców nie ma w tym nic naprawdę trudnego, ponieważ w dużym stopniu jest to kwestią nawyku. Cen’est que le premier pas qui coute (Tylko pierwszy krok jest wysiłkiem). Kiedy więc wyrobimy w sobie odpowiedni nawyk, łatwo nam będzie się do niego stosować, podobnie jak biznesmenowi wypatrującemu każdej okazji łatwo jest zarabiać. To prawda, że człowiek powinien zachowywać nieustanną czujność, bo skoro prowadzi interesy, jego obowiązkiem jest postępować roztropnie. A jeśli potrafi odnaleźć w sobie energię do zajmowania się tym, co przemijające, z pewnością znajdzie też siłę, by troszczyć się o sprawy wyższego rzędu.

(…)

My, którzy podążamy za mistrzem, którzy próbujemy wykonywać część jego dzieła w świecie zewnętrznym, musimy nieustannie powtarzać to, co mamy do powiedzenia; musimy raz po raz próbować docierać do innych z wiedzą, którą nam powierzono, ponieważ ludzie są lekkomyślni i nieuważni. Skoro jednak ktoś nawiąże bezpośredni kontakt z mistrzem, nie może już być lekkomyślny; powinna mu wystarczać jedna sugestia, której, jeśli nie wykorzysta, nie usłyszy po raz drugi, nie dlatego, że mistrz jest zbyt dumnym nauczycielem, lecz dlatego, że uczeń okazał się nie być gotowy.

(…)

W literaturze Wschodu czytamy o czterech głównych drogach prowadzących do wstąpienia na ścieżkę próby. Mówią, że najczęściej wybieraną metodą wyboru jednej z nich jest towarzystwo tych, którzy już wędrują ścieżką. Ich przykład ukazuje całe piękno i chwałę drogi oraz konieczność podążania nią. Wpływ zaawansowanego ucznia nie przejawia się jedynie w jego słowach; prawdziwą moc ma wibracja życia promieniująca od jego osoby. To fakt powszechnie znany w Indiach, gdzie mieszka wielu nauczycieli różnego rodzaju, prezentujących różny poziom, różny stopień mocy, nazywanych guru. Każdy z nich ma swoich zwolenników, którym przekazuje własne przemyślenia filozoficzne, czasem podaje mantry, formy medytacji i praktykę jogi. Lecz to nie dzięki tym metodom zyskują największe wsparcie. Najważniejsza bowiem jest dla nich obecność mistrza. Jeśli jest on mistrzem wędrującym z miejsca na miejsce, idą za nim, tak jak uczniowie Jezusa przemierzali wraz z nim Palestynę. Jeśli guru mieszka w jednym miejscu, uczniowie gromadzą się wokół niego, siadają u jego stóp i słuchają słów mądrości, lecz największą korzyść czerpią nie z jego nauk, a z oddziaływania jego obecności.

To proces od początku do końca naukowy. Wyższe wehikuły guru są nastrojone na wibracje wyższego rzędu niż wehikuły jego uczniów, którzy dopiero niedawno wycofali się z ziemskiego życia, gdzie panują niższe wibracje. Jeszcze nie wyzbyli się oni egoizmu. Muszą więc zapanować nad sobą, uświadomić sobie własne błędy i pracować nad ich wykorzenieniem, muszą rozwijać w sobie określone zalety, kształtować charakter, co zwykle jest powolnym i żmudnym zadaniem. W pracy tej pomaga im stały kontakt z guru, który rozwinął w sobie te zalety i wyzbył się wad. Presja wyższych wibracji oddziałuje nieprzerwanie, we śnie i na jawie, a uczniowie przyswajają sobie te wibracje i dostrajają się do nich.

(…)

Drugą metodą wstępowania na ścieżkę próby jest słuchanie albo czytanie odpowiednich nauk. Człowiek zainteresowany tą drogą wybiera sobie określone nauki intuicyjnie i zagłębia się w ich studiowanie, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej. Takie było moje doświadczenie. Natrafiłem na książkę Sinnetta zatytułowaną Świat tajemny i podjąłem decyzję w jednej chwili: „Jeśli tak jest naprawdę – a najwyraźniej jest – jeśli istnieją owi Więksi Ludzie i rzeczywiście chcą przyjąć naszą służbę, dając nam w zamian cząstkę swojej bezcennej wiedzy – będę jednym z tych, którzy Im służą. Pozbieram wszystkie okruchy tej wiedzy, bo wiem, że jedyną wartościową ideą, jakiej mógłbym się poświęcić, jest praca dla nich”. To oczywiste, że tysiące ludzi słyszy lub czyta te nauki, nie odbierając przy tym żadnego impulsu do działania. Jest to kwestia naszego doświadczenia z poprzednich wcieleń. Tylko jeśli człowiek dotknął już wcześniej prawdy, jeśli przekonał się, jak jest piękna, jak rzeczywista, rozpoznaje ją w jednej chwili, kiedy się na nią natyka.

Wielu z nas dziwi się, że nie wszyscy, którym wpada do ręki jakaś pozycja z dziedziny teozofii, nie zostają od razu nawróceni. Teozofia jest cudowną nauką, rozwiązuje bardzo wiele problemów, a jednak dobrze wiecie, że kiedy pożyczacie nasze książki przyjaciołom, połowa z nich zwraca je, mówiąc: „Tak, to bez wątpienia bardzo interesujące”, co oznacza, że tak naprawdę ich nie zrozumieli. Zrozumienie w tym życiu jest oznaką dobrej karmy, świadczy o tym, że kiedyś już zgłębialiśmy te nauki. Im większa była nasza wiedza w tej dziedzinie, tym więcej zrozumiemy obecnie. To samo można powiedzieć o każdej dobrej książce, jaką być może przeczytaliśmy przed dwudziestu laty. Czytając ją ponownie, odnajdziemy w niej znacznie więcej niż wtedy. Dostrzeżemy w niej tyle, ile dostrzec potrafimy.

(…)

Trzecią metodą, która czasem prowadzi do wejścia na ścieżkę próby, jest to, co w literaturze hinduistycznej nazywane jest „oświeconą refleksją”. Głębokie rozmyślanie może pomóc nam zrozumieć konieczność istnienia planu ewolucji. Istnienia tych, którzy wiedzą o nim wszystko – ludzi udoskonalonych, wysoko rozwiniętych w procesie rozwoju – istnienia ścieżki, która nas do nich doprowadzi. Ten, kto rozmyślając w ten sposób podejmuje decyzję, podejmuje poszukiwanie ścieżki; choć tych, którzy idą tą drogą, jest zapewne niewielu.

(…)

Pod pewnymi względami najbardziej godna uwagi jest czwarta metoda – praktykowanie cnoty. Zwykle przypisujemy tę ścieżkę chrześcijaństwu, bo to przeciętni wyznawcy tej religii często zakładają, że wszystko, co konieczne, musi być dobre. Teozof jednak pamięta, że we wstępnym okresie istnienia chrześcijaństwa to oczyszczenie, czy też świętość, które dzisiejsi wyznawcy stawiają sobie za cel, było uważane ledwie za pierwszy krok. Święty Klemens odważnie twierdził, że czystość jest cnotą negatywną, cenną dlatego, że umożliwia nam wgląd. Oczyściwszy się, możemy dopiero rozpocząć naukę, przygotowania do oświecenia, które było drugim etapem, by następnie osiągnąć etap trzeci, nazywany doskonałością. Pamiętacie, co mówił na ten temat święty Paweł: „Głosimy mądrość pośród tych, którzy są doskonali”, lecz nie pośród innych. Ta cnota pozwala odnaleźć drogę do ścieżki, ponieważ choćby człowiek wiódł dobre życie przez wiele inkarnacji, nie musiał koniecznie rozwijać w sobie intelektu i teraz potrzebuje głębszej intuicji, która doprowadzi go do tych, którzy wiedzą, doprowadzi go do stóp kogoś, kto jest sługą mistrza. Przyznaje się jednak, że postępowanie według tej metody zabiera tysiące lat i wiele wcieleń. Kto praktykuje cnotę i nie rozwija umysłu, ostatecznie wejdzie na ścieżkę, lecz będzie to proces powolny. Oszczędziłby wiele czasu, gdyby postępował za radą świętego Piotra i zajmował się jednocześnie pogłębianiem swojej wiedzy.

(…)

To prawda, że jeśli raz ujrzymy większe sprawy, tracimy upodobanie do niższych rzeczy, ale koniecznym jest, by ten właśnie fakt spowodował, że odwracamy się od świata zmysłów. Ludzie często mylą przyczyny i skutki, sądzą, że samo udawanie, iż nie zależy nam na niższych rzeczach – które, choćby były dobre w ich wymiarze, pozostają jednak w sprzeczności ze sprawami ducha, sprawami wyższego rzędu – spowoduje, iż człowiek automatycznie wzniesie się na wyższy poziom. Oczywiście tak się nie dzieje. To tylko inny przejaw powszechnie hołdowanych złudzeń w odniesieniu do ascetyzmu. Bardzo wielu ludzi uważa ascetyzm za cel sam w sobie, błędnie sądząc, że wyrzekanie się wszelkich codziennych przyjemności, skazywanie siebie na różnego rodzaju niewygody, jest wielką zasługą. Jest to pozostałość purytańskiej idei, która niegdyś zawładnęła Anglią i sporą częścią Europy. Istotą idei purytańskiej było przekonanie, że bycie dobrym człowiekiem wymaga od nas wyrzeczenia się wszelkich wygód. Jeżeli więc ktoś czuł się z jakiegoś powodu szczęśliwy, z pewnością sprzeniewierzał się jakimś Boskim prawom, jako że z pewnością nie było mu pisane szczęście na tym padole; ciało było traktowane jako siedlisko zła, które należało poskramiać, jeśli więc ktoś czerpał radość z wykonywanych czynności, z pewnością czynił źle. Takie myślenie jest absurdalne, wynika z błędnego rozumienia prawdy. Prawdą jest to, że to, co sprawia ludziom największą radość, co jest dla nich największą przyjemnością, traci swoją atrakcyjność w miarę jak wznosimy się na wyższy poziom, gdy zaczynamy dostrzegać przyjemności wyższego rzędu. Ludzie zanurzeni w tym świecie czerpią wiele przyjemności z rzeczy, wobec których ci, którzy posiadają wyższe aspiracje, są obojętni – na przykład z wyścigów konnych, z picia alkoholu, uprawiania hazardu, rozrywek takich jak taniec i gra w karty, które nie muszą być niczym szkodliwym, lecz kojarzą się bardziej z zabawkami dziecięcymi. Dorastające dziecko porzuca swoje zabawki. W wieku trzech czy czterech lat lubi bawić się klockami i lalkami; z czasem wybiera żołnierzyki, latawce czy kulki. Jeszcze później przestaje się interesować zabawkami, zamieniając je na grę w krykieta czy piłkę nożną, czy jakąkolwiek inną aktywność fizyczną na świeżym powietrzu. To wszystko etapy, przez które przechodzi dziecko w odpowiedniej kolejności. W miarę upływu lat porzuca to wszystko, co było dla niego rozrywką, nie dlatego, że tak powinno postąpić, lecz po prostu dlatego, że stało mu się to obojętne. Odnajduje coś innego, bardziej odpowiedniego dla swego aktualnego etapu rozwoju. Rozumiemy więc, że trzylatek nie stanie się dużym chłopcem, rezygnując z dziecięcych zabawek i próbując grać w krykieta czy piłkę nożną.

(…)

Człowiek wysoko zaawansowany w rozwoju nie troszczy się o wiele rzeczy, które zwykłym ludziom wydają się niezbędne, podczas gdy dla człowieka żyjącego w tym świecie życie ucznia musiałoby wydawać się niezwykle nużące, gdyby próbował żyć tak jak wielu z nas, nie żywiąc prawdziwego zainteresowania teozofią i głębszą problematyką życia. Można powiedzieć, że tacy ludzie niezmiennie powtarzają te same czynności, nie troszcząc się o nic więcej – a to jest prawdziwe, ponieważ obejmuje wszystko. Nie stanie się jednak zaawansowanym w rozwoju, udając, że nie troszczy się o swoje sprawy, a jednocześnie wciąż pragnąc rzeczy materialnych.

(…)

Oto co wyróżnia ludzi, którzy wiedzą – nie jest to w żadnym razie religia ani przynależność rasowa, a tylko fakt, że trwają w dobru przeciwstawiając się złu. Kiedy więc widzimy kogoś, kto jest lojalny wobec najwyższej znanej mu sprawy, kto opowiada się za tym, co wydaje mu się dobre, i sprzeciwia się temu, co uważa za zło, musimy ujrzeć w nim brata działającego na rzecz Boga, choćbyśmy nie pochwalali jakiejś części wykonywanej przez niego pracy, nie uważali, że jest ona miła Bogu. Jest wielu dobrych ludzi, wiernych swoim przekonaniom, zarazem jednak przerażająco ograniczonych. Ci gorliwi, zaangażowani ludzie poświęcają swoją energię, cały swój czas i wszystko, co mają, by prowadzić inne dusze do Chrystusa, jakby to sami nazwali, choć ich rozumienie jest ograniczone i nacechowane bigoterią. Jeśli bowiem zdarza im się napotkać kogoś, kto żywi odmienne przekonania i różni się od nich pod jakimś względem, reagują gorzkim sprzeciwem urastającym niemal do nienawiści.

Jedną z najbardziej uderzających właściwości pracy Wielkiej Hierarchii jest to, że w każdym takim przypadku jej członkowie umieją wyłuskać dobro i odrzucić zło. Czerpią siłę generowaną przez oddanie i gorliwość i wykorzystują każdy jej gram, odrzucając zło, które na tej płaszczyźnie w tak wielkim stopniu potrafi tłamsić wszystko, co dobre. Jest wiele społeczności chrześcijańskich, w których bigoteria tak dalece przesłania miłującą dobroć, że wszelkie ich działania zewnętrzne nacechowane są goryczą. Bracia tej Hierarchii ganią tę bigoterię, dostrzegając zło, jakie ta postawa wyrządza, bardziej niż inni, lecz mimo to potrafią wyłuskać z niej całą siłę miłującej dobroci, oddania i dobrych intencji oraz właściwie je wykorzystać, w uznaniu dla tych, którzy je przejawiają. Dlatego każdy z tych ludzi doświadczy wszelkich korzyści płynących z ich dobroci, choć jednocześnie doświadczy też wszelkich skutków karmicznych swojego gniewu i bigoterii.

Dlatego dobrze jest być miłosiernym dla innych ludzi, starać się niezmiennie skupiać swe myśli na dobrych rzeczach, „rzucać perły przed wieprze”, jak powiedział mistrz, zamiast wszędzie dostrzegać zło, jak czyni to wielu ludzi.

ISBN 13: 978-83-66388-60-4
EAN: 9788366388604

 

Informacje dodatkowe

Waga350 g
Wymiary14,5 × 20,5 cm
Autor

Annie Besant, C. W. Leadbeater

Książka

okładka miękka

Objętość

216 stron