C. W. Leadbeater
Życie wewnętrzne
Tom 4

44,00 

Tom 4 szczegółowo omawia historię ewolucji człowieka oraz niższych królestw, takich jak elementalne, mineralne, roślinne i zwierzęce na naszej planecie, opisuje z jakiej planety tutaj przybyliśmy i dokąd będzie nas wiodła dalsza droga. Autor mówi o tym, jak w procesie przechodzenia przez łańcuchy planetarne budował się nasz system ewolucji, czyli wedle jakiego mechanizmu przechodziliśmy do naszego ziemskiego łańcucha planetarnego. Odpowiada na pytanie, w jaki sposób ziemska populacja przechodziła przez proces indywidualizacji z królestw niższych do królestwa człowieka.

Brak w magazynie

SKU: 1017068 Kategoria:

Opis

Dwie części poświęcone zostały tematowi reinkarnacji oraz zagadnieniom związanym z karmą – jak powstaje, jak się ją równoważy, jakie są jej różne rodzaje i sposoby działania.

Na koniec wspomina o hierarchii Wzniesionych Mistrzów, którzy byli założycielami Towarzystwa Teozoficznego i nakreśla kurs, jaki zainteresowani studenci mogą przejść zapoznając się z szeregiem książek, jakie powstały w procesie powstawania Towarzystwa Teozoficznego.

Cytaty z książki C. W. Leadbeater Życie wewnętrzne Tom 4:

Nasz Układ Słoneczny składa się obecnie z dziesięciu łańcuchów, z których każdy łączy siedem planet ewoluujących jednocześnie, choć na różnych etapach. Siedem z tych łańcuchów jest reprezentowanych na poziomie fizycznym przez jedną lub więcej planet, lecz trzy pozostałe istnieją wyłącznie na wyższych poziomach. Liczba planet w wymiarze fizycznym w danym łańcuchu zależy w każdym momencie od poziomu ewolucji. Planety wszystkich łańcuchów przedstawiają w krótkim cyklu ewolucji zstępowanie do materii o większej gęstości, a następnie ponowne z niej wstępowanie, analogiczne do kolejnych inkarnacji łańcucha polegającej na zstępowaniu do materii o większej gęstości, a następnie na ponownym z niej wstępowaniu. Nasz łańcuch znajduje się obecnie na najniższym poziomie materialnym, tak więc trzy spośród siedmiu jego planet pozostają w wymiarze fizycznym, dwie w astralnym i dwie w niższej warstwie wymiaru mentalnego.

(…)

Rasa irlandzka

Irlandczycy nie są potomkami Atlantydów, przynależą bowiem do czwartej podrasy piątej rasy rdzennej. To prawda, że Irlandia była częścią kontynentu Atlantydy i że najwcześniejsi jej mieszkańcy wywodzili się od Rmoahal, pierwszej podrasy czwartej rasy rdzennej; ci niscy, ciemnoskórzy ludzie przypominający dzisiejszych Lapończyków nie pozostawili jednak po sobie śladu. Nie pozostało także wiele śladów po pierwszej inwazji z Afryki, inwazji zastępów pod wodzą królowej etiopskiej, choć zachowały się szczątki kultury nowych przybyszów – rasy zwanej Firbolgami – wysokich ludzi o jasnych twarzach, przybyłych najpewniej z Islandii, wywodzących się zapewne z tego samego źródła, co japońscy Ajnowie. Ogromna większość Irlandczyków (nie licząc szkockich imigrantów z Ulsteru) to potomkowie dwóch ras – rasy Tuatha-de-Danaan i rasy milezyjskiej. Tuatha-de-Danaan byli ludźmi białymi, niemal identycznymi z wczesnymi Grekami, którzy dotarli do Irlandii okrężną drogą przez północ, omijając dzisiejszą Rosję, Szwecję i Norwegię dziwnie powolnymi, wielkimi falami migracyjnymi w tamtych dawnych czasach. Byli oni przystojni, o owalnych twarzach, jasnej karnacji, w większości ciemnych włosach i ciemnoniebieskich albo niemal fioletowych oczach.

(…)

Rasa hiszpańska

Cała kwestia karmy rasowej jest trudna do zrozumienia i nie sądzę, byśmy posiadali wystarczającą wiedzę umożliwiającą nam wypowiadanie się na ten temat. To jedno jest pewne – że kiedy natrafiamy na jakąś szczególną atmosferę spowijającą daną rasę, możemy zakładać, że Manu opiekujący się tym fragmentem procesu ewolucji ma w ręku jakąś grupę ego, która potrzebuje właśnie takich warunków dla swego rozwoju. Prawo przyczyn i skutków musi naturalnie oddziaływać na sprawy tak jednostek, jak i całych narodów, choć działanie to komplikuje fakt, że ego tworzące daną rasę, kiedy pojawia się skutek, nie są zwykle tymi, które wprawiły w ruch przyczynę.

Nie bez racji jest na przykład założenie, że fakt, iż Hiszpania w tak niegodny sposób utraciła całe terytorium Ameryki Południowej i Meksyku, jest reakcją karmiczną na potworne akty okrucieństwa, jakich Hiszpanie dopuszczali się w podbijanych krajach. Wyobrażamy sobie jednak, że owej straty wynikającej z odzyskania niepodległości przez podbite terytoria nie ponieśli ci sami, reinkarnowani ludzie, którzy z takim zapałem służyli pod rozkazami Corteza i Pizarra. Jest jednak prawdopodobne, że dotknęło to część z nich, bo wiemy, że ludzie niższych klas wracają na ziemię szybciej niż przedstawiciele klas wyższych i zwykle muszą się inkarnować kilkakrotnie w tej samej rasie, by opanować wszystkie jej lekcje.

(…)

Atlantydzi

Atlantydzi jako rasa nie potrafili myśleć abstrakcyjnie, nie umieli generalizować. Nie znali na przykład tabliczki mnożenia, arytmetyka była dla nich systemem magicznym, a ich dzieci musiały się uczyć skomplikowanych reguł, nie wiedząc, skąd się wzięły. Uczyły się więc, że jeśli 8 znajdzie się pod 8 w szczególnej formule magicznej, którą dziś nazywamy dodawaniem, otrzymamy wynik równy 6, a kolejna liczba po lewej stronie zostanie powiększona o 1. Ta sama magia stosowana w odejmowaniu była czymś w rodzaju szyfru. Przy dzieleniu pojawiała się liczba 1, mnożenie dawało wynik 4, przy czym kolejna liczba po lewej musiała zostać zmieniona przez 6. Jednak dziecko atlantydzkie nie miało pojęcia, że 8 plus 8 równa się 16, ani że 8 pomnożone przez 8 równa się 64! Podobny złożony zestaw reguł trzeba było opanować na pamięć dla każdej możliwej do wyobrażenia wielkości do 10. Te cztery zestawy albo rodzaje magii matematycznej trzeba było zapamiętać, jakby były one czterema koniugacjami czasownika. Większość obliczeń jednak wykonywano mechanicznie – przez rodzaj liczydła albo ramki, jakich obecnie używają Chińczycy i Japończycy, umożliwiającej uzyskiwanie nawet skomplikowanych wyników – jak na przykład obliczanie liczb kwadratowych.

Atlantydzi potrafili sprytnie gromadzić fakty, dysponowali bowiem wspaniałą pamięcią; wynaleźli też wiele złożonych konstrukcyjnie maszyn, choć większość z nich zapewne wydałaby się nam dziś bardzo prymitywna. Inny interesujący ślad ich ograniczeń odnajdujemy w religii Egipcjan, którzy ją od nich przejęli. Prowadzili obserwacje i odnotowywali większość rodzajów esencji elementali i duchów natury, którym nadawali nazwy. Opracowali także specjalne zaklęcia, za pośrednictwem których mogli je kontrolować. Uczyli się następnie tych zaklęć na pamięć w najdrobniejszych szczegółach w przekonaniu, że jeśli pomylą zaklęcia w odniesieniu do jakiegoś elementalu, ten ujawni swoją destrukcyjną siłę. Nie rozumieli, że siła ożywiająca zaklęcia była w każdym przypadku siłą ludzkiej woli i że takie zdeterminowane próby wywierania jej na innych, bez wspomagania się zaklęciami, przyniosłyby taki sam skutek. Wiele z tych zaklęć odnajdujemy w Księdze Umarłych, choć jedynie część z nich wkładano do grobów, uważano bowiem, że okażą się zmarłym niezbędne.

Turaniańska podrasa Atlantydów wprowadziła liczne eksperymenty społeczne promując to, co obecnie nazywamy demokracją, w stopniu daleko szerszym, niż sugerują to dzisiejsi zwolennicy tej formy rządów. Rezultat tych poczynań okazał się niemożliwy do zniesienia, ponieważ cała rasa popadła w stan anarchii i chaosu; jeszcze w dzisiejszych Chinach obserwujemy tego skutki w postaci gwałtownych reakcji wobec rządów arystokracji. Turanianie dawali sobą powodować nieokiełznanym namiętnościom i z wielu względów trudno byłoby ich nazwać miłymi ludźmi.

(…)

Zwykłe ego nie może w żadnym razie wybierać dla siebie ciała. O miejscu jego narodzin decydują trzy czynniki, choć może lepiej byłoby powiedzieć, że jest to połączone działanie trzech sił. Pierwszą z nich jest prawo ewolucji, które sprawia, że ego rodzi się pośród okoliczności stwarzających mu możliwość wykształcenia cech, jakich najbardziej będzie potrzebowało. Jednak działanie tej siły ogranicza druga, czyli prawo karmiczne. Ego mogło nie zasłużyć sobie na najlepsze możliwości, dlatego jego udziałem będą nieco gorsze warunki. Jeżeli nie zasłużyło na żadne wielkie możliwości, jego losem będzie burzliwe życie, w którym dokonać może niewielkich postępów.

Znaczenie ma także trzeci czynnik – siła osobistych więzi miłości lub nienawiści, jakie ego mogło wcześniej stworzyć. Może ona modyfikować działanie pierwszej i drugiej siły, bo dzięki niej ego osiąga czasem pozycję, na jaką nie zasłużyło sobie inaczej niż poprzez silną miłość do istoty bardziej zaawansowanej ewolucyjnie.

Człowiek, który wkłada w pracę więcej wysiłku niż przeciętnie – ten, który już wkroczył na ścieżkę prowadzącą na poziom adepta – może zyskać pewną możliwość wyboru kraju i rodziny, w której przyjdzie na świat. Taki ktoś jednak od razu wyeliminuje wszelkie prywatne życzenia w tym względzie i powierzy się działaniu wielkiego odwiecznego prawa w przekonaniu, że wszystko, co ono mu przyniesie, okaże się dla niego dużo lepsze niż to, co mógłby sam dla siebie wybrać.

Rodzice nie mogą wybrać duszy, która wcieli się w zrodzone z nich ciało, choć żyjąc tak, by móc stworzyć najlepsze możliwości rozwoju dla zaawansowanego ego, mogą sprawić, że właśnie takie ego do nich przyjdzie.

(…)

Rozważmy teraz przypadek ego, które ma zstąpić do inkarnacji. Musimy zobaczyć je jako spoczywające w wyższej części wymiaru mentalnego w swoim ciele przyczynowym i nieposiadające niższego wehikułu. Od śmierci jego ostatniego ciała fizycznego wycofywało się stopniowo w głąb, najpierw do wehikułu astralnego, a potem mentalnego, które porzuciło ostatecznie pod koniec swego życia niebiańskiego. Odpoczywa więc przez jakiś czas w swoim własnym wymiarze – w czasie, który różni się w zależności od poziomu jego rozwoju, od dwóch lub trzech dni nieświadomości w przypadku przeciętnego człowieka, po długie lata świadomego i pełnego chwały życia w przypadku ludzi nieprzeciętnie rozwiniętych. Potem zaczyna ponownie kierować swą uwagę w dół i na zewnątrz. Jako że dążąc w górę odwróciło się kolejno od wymiaru fizycznego i astralnego, jego trwałe atomy zostały uśpione, a typowe dla nich żywe wibracje ustały. To samo dzieje się z jednostką mentalną pod koniec jej niebiańskiego życia i w czasie, gdy ego odpoczywa w swoim wymiarze, jego trzy ciała trwają w spokoju.

Kiedy ego ponownie zwraca swą uwagę ku wymiarowi mentalnemu, jednostka mentalna natychmiast podejmuje aktywność i w jednej chwili gromadzi wokół siebie materię niezbędną dla ekspresji. Dokładnie to samo ma miejsce, kiedy ego zwraca swą uwagę ku atomowi astralnemu, kiedy przelewa weń swoją wolę. Przyciąga do siebie materię zdolną zapewnić mu ciało astralne dokładnie tego samego rodzaju, co ciało, które posiadało w swoim ostatnim życiu astralnym. Musimy pamiętać, że to, czym dysponuje ego w procesie zstępowania, nie jest gotowym ciałem astralnym, lecz po prostu materią, z której musi to ciało zbudować w trakcie życia.

(…)

Aura maleńkiego dziecka jest raczej bezbarwna, kolory bowiem zaczynają się pojawiać w miarę rozwoju jego różnych cech. Jest to materia dana mu dla uformowania wehikułu astralnego, materia, którą zdobyło ono swymi uczuciami i pragnieniami, które wykształciło w poprzednim życiu; w żadnym razie jednak nie musi wykorzystać jej w całości dla zbudowania dla siebie nowego wehikułu. Jeśli będzie pozostawione samo sobie, automatycznie działające atomy wytworzą dla niego z tej materii ciało astralne dokładnie takie, jakim dysponowało w poprzednim życiu. Nie ma jednak powodu dla wykorzystania całej dostępnej materii i jeśli dziecko będzie dobrze i mądrze wychowywane, zyska zachętę do rozwijania w sobie wszelkich zalążków dobra, które przyniosło ze sobą z poprzedniego wcielenia, podczas gdy zalążki zła pozostaną uśpione. Te ostatnie ulegną ostatecznie atrofii, a ego będzie kształtowało w sobie tylko dobre cechy, na zawsze uwolnione od złych, które zostały zniszczone w zarodku. Rodzice i nauczyciele mogą wspierać dziecko w tych dążeniach, nie tyle poprzez udzielane mu lekcje, co przez zachętę i wsparcie, racjonalne i życzliwe traktowanie dostrzegające jego wrodzone skłonności, a nade wszystko poprzez miłość.

(…)

Cała karma adepta jest już przepracowana, a jego ciało fizyczne jest najbliższe ideału. Dlatego ciała mistrzów nie zmieniają się w długim szeregu inkarnacji. Zauważyłem, że jeden z mistrzów, który stosunkowo niedawno osiągnął poziom adepta, nieco różni się od pozostałych pod względem nieregularności rysów. Jestem pewien, że zmieni się to w jego kolejnym wcieleniu. Nie spodziewam się wielkich różnic w wyglądzie naszych mistrzów, nawet kiedy wybierają oni dla siebie nowe ciała, choćby były to ciała przedstawicieli innej rasy. Widziałem prototypy ciał mieszkańców rasy siódmej; będą oni niezwykle pięknymi ludźmi.

(…)

Jeśli możemy wierzyć tradycjom tego świata, nawet sam Budda, który zstąpił tu z wyższych wymiarów z określonym zamiarem narodzenia się dla pomagania światu, nie znał swojej misji, kiedy przybrał nowe ciało, a pełną jej świadomość zyskał dopiero po długich latach poszukiwań. Bez wątpienia mógł posiadać tę wiedzę od urodzenia, gdyby tak wybrał, lecz tego nie zrobił. Zdecydował się urodzić podobny innym ludziom.

Możliwe, że w Jego przypadku istnieje inne wyjaśnienie. Ciało, które urodziło się jako potomek króla Suddhodana i królowej Mai, mogło w pierwszych latach swojego istnienia nie być zamieszkane przez Pana Buddę. On sam mógł przecież postąpić tak jak Chrystus; poprosić jednego ze swoich uczniów, by mieszkał w tym wehikule do czasu, gdy będzie Mu potrzebny, a potem wniknąć do tego ciała w chwili jego największego osłabienia po udręce sześciu lat poszukiwania prawdy. Jeśli tak było, powodem, dla którego książę Siddhartha nie pamiętał całej wiedzy posiadanej przez Pana Buddę, było to, że nie byli oni jedną osobą. Tak czy owak możemy być pewni, że ego, które jest prawdziwym człowiekiem, zawsze wie, czego się kiedyś nauczyło; nie zawsze jednak jest w stanie przekazać tę wiedzę nowemu mózgowi bez odpowiedniej sugestii z zewnątrz.

(…)

Nasi studenci często wykazują niezrozumienie w kwestii długości przerw następujących pomiędzy dwiema inkarnacjami. Wydaje się prawdopodobne, że błędnie pojęliśmy informacje przekazane nam w tym temacie na początku istnienia Towarzystwa i wygłaszane wówczas twierdzenia musiały być powielane bez komentarza w późniejszych publikacjach. Większość bardziej wnikliwych studentów doszukała się prawdy, lecz o ile mi wiadomo, nie opublikowano jeszcze niczego w rodzaju ogólnej klasyfikacji różnych klas ego.

W monumentalnym dziele pana Sinnetta zatytułowanym Buddyzm ezoteryczny pod koniec rozdziału poświęconego światu niebiańskiemu (nazywanemu Dewachan) czytamy, że cały okres oddzielający śmierć od kolejnych fizycznych narodzin bardzo się różni w przypadku poszczególnych osób, choć ponowne narodziny następują nie prędzej niż po tysiącu pięciuset lat, a pobyt w Dewachanie będący nagrodą za bardzo dobrą karmę obejmuje przeważnie niezwykle długi czas. Twierdzenie to opiera się na tych samych źródłach, z których pan Sinnett zaczerpnął treść całej swojej nad wyraz interesującej książki i nie ma najmniejszych wątpliwości, że przekazał on dokładnie to, co zostało mu powiedziane. Tę samą ideę przekazuje Madame Bławatska w swojej Doktrynie tajemnej (ii. 317): „Pamiętajmy, że poza przypadkiem małych dzieci i ludzi, którzy stracili życie w nagłym wypadku, żaden duchowy byt nie może się inkarnować przed upływem wielu stuleci”.

(…)

Ludzkie losy są bardzo różne. Jedni wytrwale przemierzają życie po życiu, podczas których nie przydarza im się nic szczególnego. Inni wiecznie popadają w kłopoty, doznają kolejnych wstrząsów. Mimo to wszyscy dokonują postępów na drodze, która jest dla nich najlepsza. Często się zdarza, że jeśli człowiek umiera młodo, rodzi się ponownie w tej samej podrasie, wtedy jednak już jako osobnik innej płci. Ogólnie mówiąc, Hindusi są przedstawicielami pierwszej podrasy aryjskiej, Arabowie drugiej, Parsowie trzeciej, narody romańskie czwartej, a germańskie piątej. Jeśli więc ktoś rodzi się we Francji, nie musi ponownie przychodzić na świat we Włoszech ani w Hiszpanii; to samo dotyczy Niemców i Anglii.

Studenci, którzy inkarnują się w odstępach siedmiuset lat, często przywiązują się do jednej podrasy i powracają do niej, kiedy to możliwe, podczas gdy w innych rodzą się tylko od czasu do czasu dla wykształcenia konkretnych zdolności. Generalnie kolejne inkarnacje w granicach tej samej rasy potęgują jej cechy; równowaga wymaga narodzin w różnych rasach albo częstych podróży umożliwiających życie pośród różnych nacji.

(…)

W przypadku ludzi wyróżniających się w otoczeniu pod względem zdolności artystycznych, zainteresowań naukowych czy religijnych, przerwy pomiędzy inkarnacjami trwają równie długo, choć ich poszczególne etapy mogą się proporcjonalnie różnić. Zwykle spędzają oni więcej czasu w wymiarze astralnym, a mniej w przyczynowym, co szczególnie dotyczy osób religijnych i artystów. Wielki filozof czasem bardzo przedłuża swój pobyt w świecie niebiańskim. Pamiętam, co Madame Bławatska mówiła o Platonie, że najpewniej nie wróci on na ziemię co najmniej przez dziesięć tysięcy lat, choć wyobrażam sobie, że stanowi on wielce szczególny przypadek.

(…)

Zgodnie z doktryną karmiczną ludzki rozwój i dobre samopoczucie są wynikami dobrego postępowania; musimy jednak właściwie rozumieć to, czym jest dobre postępowanie i dobre samopoczucie. Celem całego schematu jest w naszym przypadku ewolucja ludzkości; dlatego ten, który postępuje najlepiej, to ten, który najbardziej pomaga w ewolucji innych ludzi i wspiera swój własny proces. Człowiek, który tak postępuje, korzystając w tym celu z pełni swoich zasobów, który wykorzystuje wszystkie nadarzające się ku temu sposobności w jednym życiu, w przyszłym z pewnością zyska większą siłę i szersze możliwości. Możliwe, że będą im towarzyszyły zasoby w postaci bogactwa i władzy, ponieważ posiadanie tych dóbr stwarza nam zwykle więcej możliwości działania, choć nie są one niezbędną częścią karmy. Ważne jest, byśmy pamiętali, iż nasza użyteczność dla innych zawsze stwarza nam możliwość bycia jeszcze bardziej użytecznymi, dlatego nie wolno nam uważać, że każda nadarzająca się ku temu możliwość jest nagrodą za pracę wykonaną w poprzedniej inkarnacji.

(…)

Zazwyczaj naturalnie wzdragamy się przed używaniem takich pojęć jak nagroda czy kara, ponieważ implikują one istnienie jakiejś nieodpowiedzialnej istoty, która nami kieruje. Zrozumiemy działanie karmy lepiej, myśląc o niej jako o niezbędnym przywracaniu równowagi zaburzonej naszym działaniem – jako o ilustracji prawa, które głosi, że działanie i reakcja na nie są zawsze równe. Zrozumiemy to jeszcze lepiej, jeśli spróbujemy przyjąć szerszą perspektywę – tych, którzy nadzorują działanie tego prawa.

Mimo, że to nieuchronne prawo musi prędzej czy później spowodować, że człowiek skonfrontuje się ze skutkami swoich działań, nie ma w tej kwestii pośpiechu. Wieczność ma zawsze dość czasu, a nadrzędnym celem jest tu ewolucja ludzkości. Dlatego to ten, który gotów jest wspierać i wspomagać ten proces ewolucji, otrzymuje w „nagrodę” możliwość jeszcze skuteczniejszego jego wspierania, by przysparzając dobra innym, przysparzał go również sobie. Oczywiście gdyby motywem jego działania była myśl o samorozwoju, taka egoistyczna postawa ograniczyłaby jego pole działania i zawęziła jego rezultaty. Jeśli jednak zapominając o sobie, będzie poświęcał energię jedynemu celowi pomagania w tym wielkim dziele, jego przyszłość będzie jasno określona.

(…)

Należałoby zgłosić stanowczy protest przeciwko teorii, że cierpienie jest niezbędnym warunkiem duchowego rozwoju. Ćwiczenie jest warunkiem wykształcenia tężyzny fizycznej, lecz nie musi powodować bólu; jeśli człowiek wybiera codzienne spacery, nie ma potrzeby torturować go ćwiczeniami na bieżni dla wzmocnienia mięśni jego nóg. Aby rozwijać się duchowo, powinniśmy kształtować w sobie czystość, bezinteresowność i chęć niesienia pomocy – musimy nauczyć się poruszać w harmonii z wielkim kosmicznym prawem; postępując tak, świadomie oszczędzamy sobie cierpienia, poza tym, które odczuwamy współczując innym ludziom.

Biorąc pod uwagę fakt, że obecnie większość ludzi przejawia niechęć wobec takiego postępowania, że ustawia się w opozycji do wielkiego prawa, cierpienie jest nieuchronne, a ostateczny rezultat wielu podobnych doświadczeń przekona ich, że ścieżka podłości i egoizmu jest równoznaczna z głupotą; w tym sensie prawdą jest, że cierpienie przyczynia się do rozwoju. Ponieważ jednak świadomie sprzeniewierzamy się prawu i ściągamy na siebie tym samym cierpienie, z pewnością nie mamy prawa bluźnić wobec wielkiego prawa wszechświata twierdząc, że stworzyło tak nieszczęsny porządek, w którym nie sposób dokonać postępu bez cierpienia. Gdyby człowiek tylko chciał, mógłby rozwijać się znacznie szybciej bez najmniejszego cierpienia.

Musimy jednak pamiętać, że ten, kto raz uświadomił sobie ów chwalebny cel, nie będzie doskonale szczęśliwy, dopóki go nie osiągnie, a porażki na tej drodze będą dla niego nieustannym źródłem rozczarowań. Nawet rozczarowania są zmodyfikowaną formą cierpienia, od którego nie wyzwoli się żaden człowiek, dopóki nie przekroczy poziomu niedoskonałości. „Boże, Tyś nas stworzył na swój obraz, a nasze serca nie odnajdą spokoju, póki nie odpoczną w Tobie.”

(…)

Każdy człowiek będzie musiał spłacić wszystkie zaciągnięte przez siebie długi, każdemu oddana zostanie doskonała sprawiedliwość; w tym celu jednak nie zawsze jakieś wielkie grupy ego muszą się nieustannie spotykać w kolejnych inkarnacjach. Jeśli jeden człowiek swoim działaniem poważnie przyspiesza albo spowalnia proces ewolucji drugiego, jeśli robi coś, co powoduje u drugiego jakiś znaczący albo trwały skutek, jest pewne, że muszą się oni spotkać ponownie, by spłacić taki dług. Jest więc oczywiste, że można tego dokonać na wiele sposobów.

Człowiek, który zamordował innego, może także zostać zamordowany w swym nowym wcieleniu; może jednak spłacić tę karmę w bardziej satysfakcjonujący sposób, jeśli nadarzy mu się w przyszłej inkarnacji sposobność do ocalenia życia swojej ofierze kosztem własnego. Wydawałoby się, że czasem może także spłacić ów dług, nie tracąc przy tym życia; bo pośród wielu istnień, które badaliśmy, natrafiliśmy na przynajmniej jeden przypadek, w którym morderca w pełni zadośćuczynił temu, kogo skrzywdził, cierpliwie poświęcając całe późniejsze życie służbie osobie, którą wcześniej zamordował.

(…)

Istnieją wielkie zasoby pomniejszej karmy, które moglibyśmy nazwać rodzajem publicznych zasobów. Uczeń, który złośliwie szczypie kolegę, z pewnością nie spotka go po tysiącu lat, by z kolei zostać uszczypniętym, choć bez wątpienia nawet w tak drobnych sprawach sprawiedliwość spotyka obie strony. Idąc przez życie nieustannie wyświadczamy drobne przysługi tym, których spotykamy na tej drodze; bezmyślnie i często nieświadomie ranimy ich myślą, słowem i czynem. Każde takie zdarzenie przynosi odpowiadający mu skutek – dobry lub zły – i my również, choć o tym nie wiemy, stajemy się wysłannikami karmy we wszystkich naszych działaniach. Drobne gesty uprzejmości okazałyby się daremne, gdyby ich adresat nie zasługiwał nawet na taką pomoc; bezmyślna obraza przeszłaby niezauważona, gdyby w przeszłości ofiary nie było nic, czego mogłaby być skutkiem.

(…)

Wyobraźmy sobie człowieka na tonącym statku albo w pierwszym wagonie pociągu, który za chwilę ulegnie wypadkowi. To, że ów człowiek lada moment zginie, może, lecz nie musi być częścią jego przeznaczenia w tym życiu. Jeśli jest, człowiek ten bez wątpienia zaraz umrze, jeżeli nie, być może zdoła się uratować, jeśli to jego ocalenie nie będzie zbytnią ingerencją w zwykłe prawa natury. Możemy raczej powiedzieć, że prawdopodobnie zostanie ocalony, jeżeli przedłużenie jego życia fizycznego znacząco przyspieszy jego ewolucję. Zgodnie z planem każde życie przedstawia nam jakąś lekcję, którą powinniśmy opanować, jakąś cechę, którą powinniśmy w sobie wykształcić. Kiedy to dzieło życia zostaje ukończone – albo kiedy jest oczywiste, że człowiek nie zdoła go ukończyć tym razem, nieważne, jak długo będzie żył – niczego nie zyska żyjąc dłużej i równie dobrze można go z tego życia wyzwolić.

(…)

Żaden człowiek nie dostaje tego, na co nie zasłużył, a wszystko, co nas spotyka, jest skutkiem określonych przyczyn, które sami stworzyliśmy. Jeśli wywołaliśmy przyczynę, jesteśmy również autorami skutków, bo przyczyny i skutki są jak dwie strony monety – nie sposób ich rozdzielić; zaiste, skutek przychodzi do nas jako część naszego pierwotnego działania, jako jego kontynuacja. Wszystko, co nas spotyka, stworzyliśmy sami, zarówno to, co dobre, jak i to, co złe; pamiętajmy jednak, że zawsze służy to naszemu dobru. Mamy możliwość spłacić swoje długi, wykazując się przy tym cierpliwością, odwagą i wytrwałością w obliczu niesprzyjających okoliczności.

(…)

Wszyscy studenci nauk tajemnych wiedzą, że proces ewolucji świata nie jest pozostawiony samemu sobie, że kieruje nim i nadzoruje go wielka Hierarchia Adeptów, czasem nazywanych Białym Braterstwem. Do tego Bractwa należą ci, których nazywamy mistrzami, ponieważ w pewnych okolicznościach przyjmują oni uczniów, którzy okazują się godni tego zaszczytu. Ale nie wszyscy adepci są mistrzami; wielu z nich, choć zajmuje równą rangą pozycję w tajemnej hierarchii, cały swój czas poświęca innym zajęciom, które jednak także wspierają proces ewolucji.

Aby zyskać lepszy wgląd i możliwość kierowania tą dziedziną, podzielili oni świat na części, podobnie jak kościół dzieli swoje terytorium na poszczególne parafie (choć w tym przypadku są to parafie o rozmiarach kontynentów). Adepci sprawują pieczę nad tymi częściami tak, jak księża nad swoimi parafiami. Czasem jednak kościół podejmuje szczególne starania, niezwiązane z żadną pojedynczą parafią, lecz mające na celu wspólne dobro; posyła misjonarzy, których celem jest wzbudzenie wiary i entuzjazmu religijnego w całym kraju. Korzyści z tego płynące nie są traktowane jako osobisty zysk samych misjonarzy, lecz jako środek do wzmocnienia skuteczności zwykłych parafii.

ISBN 13: 978-83-66388-73-4
EAN: 9788366388734

 

Dodatkowe informacje

Waga 300 g
Wymiary 14.5 × 20.5 cm
Autor

C. W. Leadbeater

Książka

okładka miękka

Objętość

210 stron